Teatry w Warszawie - ktoś nie śpi, by spać mógł ktoś

Co mnie zaskoczyło w Warszawie?

Już prawie rok minął od mojej wakacyjnej wizyty w Warszawie. Teraz, gdy czytam sobie to, co o niej napisałam jakiś czas temu, to bardzo chciałabym tam jeszcze wrócić i zajrzeć np. do Centrum Nauki Kopernik i innych fajnych miejsc.

Pamiętam, że to był dla mnie nie tylko mile spędzony tydzień, ale też czas pełen niespodzianek! Pewnie dla Warszawiaków, jak i mieszkańców dużych miast to nie będzie nic nowego, ale dla mnie – osoby, która mieszka w raczej małym miasteczku, pewne sytuacje powodowały zdziwienie.  I nie mówię, że chciałabym żeby u mnie było tak samo – to raczej proste porównanie: u mnie jest tak, w Warszawie jest tak.  Jedne niespodzianki były większe, drugie mniejsze, ale niezaprzeczalnie dawały mi do myślenia.

CO MNIE ZASKOCZYŁO W WARSZAWIE?

1. MOTORY 

W okolicach Śląska, gdzie mieszkam jest ich raczej mało, dlatego wieczorny hałas motorów był dla mnie nowością. Dodatkowo hostel w którym mieszkałam mieścił się niedaleko od centrum, więc to, co w dzień było zaletą, nocą stawało się wadą. Wieczorem, gdy otwierałam okno, co chwilę słyszałam jak przejeżdża jakiś motor i zastanawiam się czy tak jest tylko w centrum, czy w innych dzielnicach też to tak słychać?

Jednak mimo tego hałas nie zmieniłabym lokalizacji mojego hostelu – za wygodnie mi tam było z bliskością do centrum, by to zmieniać, a po kilku nocach szybko się przyzwyczaiłam do motorów.

2. LOESJE na chodnikach

O hasłach Loesje pisałam już więcej w Migawkach z Warszawy, więc powiem tylko, że umieszczenie tych napisów na chodniku to genialny pomysł. Wyobraź sobie, że wstałeś lewą nogą, nic nie idzie po Twojej myśli, wychodzisz do pracy, a tutaj na ulicy jest napisane:  „The world is more beautiful with You” albo „Bądź tym, co w trawie piszczy”. Uśmiech gwarantowany, przynajmniej u mnie!

3. METRO w warszawie

Mimo, że jechałam już metrem w Londynie i Rzymie, to jednak warszawska linia nr.2 spodobała mi się najbardziej, czy raczej spodobał mi się wygląd stacji. Nie mówiąc już o tym, że metro jest szybsze niż busy i tak się rozmarzyłam, jakby to fajnie było, gdyby zbudowano metro na Śląsku. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to pewnie nigdy się nie spełni. Pewnie budowa pochłonęłoby małą fortunę, nie mówiąc już o tym, że nie wiem czy przez różne kopalnie zbudowane metra byłoby w ogóle możliwe, ale cóż – pomarzyć dobra rzecz. Wtedy na pewno dojazd do stolicy województwa zajmowałby dużo mniej czasu.

4. TEATR NA TEATRZE 

Będąc w centrum Warszawy, miałam wrażenie, że co chwila mijam jakiś teatr! Przyznam, że zastanawiałam się już nawet  czy te wszystkie teatry są czynne! Bo wiecie – w moim mieście nie ma teatru, a ewentualne występy są realizowane w domach kultury. W Katowicach też nie ma tyle teatrów i na tę chwilę ze znanych mi miejsc mogłabym wymienić chyba tylko Teatr Śląski im. Wyspiańskiego i ewentualnie w pobliskim Chorzowie – Teatr Rozrywki. Oczywiście wszystkich jest więcej, ale w porównaniu do Warszawy, to i tak mała liczba.

5. MNÓSTWO RESTAURACJI, KAWIARNI, MIEJSC GDZIE MOŻNA ZJEŚĆ COŚ DOBREGO W WARSZAWIE

Chcesz wyjść na lody? Proszę bardzo, już masz trzy lodziarnie w pobliżu! Chcesz zjeść pyszny obiad? Tak samo! Masz ochotę wyjść do baru? Tak samo! Bardzo mi się podobało to, że zawsze nadarzy się jakaś knajpka, gdzie można zaspokoić swój głód i wcale nie musisz zapłacić za to połową swojej wypłaty. I teoretycznie np. w Katowicach, czy Gliwicach niedaleko też jest sporo restauracji, to jednak Warszawa zdecydowanie je przebija. 

To już chyba wszystkie rzeczy, które zaskoczyły mnie w Warszawie.

Kochaj wszystkich, ufaj niewielu, nie krzywdź nikogo - William Szekspir
Kochaj wszystkich, ufaj niewielu, nie krzywdź nikogo – William Szekspir

WARSZAWA VS. MALUTKIE MIASTO

Podsumowując, dla mnie największą  różnicą między stolicą i moim miastem jest to, że cały czas coś się dzieje. Niezależnie od pogody masz gdzie wyjść, co porobić na mieście, wydaje mi się, że ciężko tam o nudę.  I to jest okej i za to wtedy całkiem polubiłam Warszawę. Nie wiem jak byłoby po mieszkaniu tam dłuższy czas, ale na tę chwilę mi się spodobało.

Ale moje miasto też jest okej – mimo, że nie ma tutaj tych wszystkich udogodnień, to jednak ma inne zalety, jak np. cisza, spokój i bliskość do parku, które jako introwertyk bardzo sobie cenię. 

A Was zaskoczyło coś podczas wycieczki lub przeprowadzki do stolicy? A może mieszkacie w Warszawie od urodzenia i nie spodziewaliście się, że takie rzeczy mogą dziwić? Dajcie znać w komentarzach!  

  • Te motocykle są niestety wszędzie, ale rozpędzają się głównie na dużych ulicach, więc jak się nie mieszka bardzo blisko takiej, to ich nie słychać.
    Miło czytać takie pozytywne słowa o Warszawie od osoby, która odwiedza to miasto w celach turystycznych. Tym bardziej, że ja zawsze powtarzam, że moim zdaniem Warszawa jest lepsza jako miasto do życia, niż z punktu widzenia turysty 🙂

    • To dobrze, że słychać te motocykle głownie z centrum, ta ilość to była dla mnie nowość!
      Hmmm…. skoro mówisz, że jest lepsza do życia, niż z punktu widzenia turysty, to może powinnam kiedyś spróbować pomieszkać parę miesięcy? Ciekawe, czy nadal robiłaby na mnie takie wrażenie 🙂

      • Pewnie by robiła, ale zaczęłabyś też odkrywać wady. Choćby strajki, manifestacje, kontrmanifestacje, duże międzynarodowe szczyty polityczne (głównie to szczyty wszystkiego) – wszystko przez co miasto jest zablokowane zaskakująco często.
        Co nie zmienia faktu, że mam też fajne rzeczy – starówkę, metro, niezłe muzea (choćby Powstania Warszawskiego), fontanny multimedialne, czy jak pisałaś ogrom knajp, knajpek i lokali w każdym chyba możliwym stylu.
        W skrócie – da się żyć 🙂
        Pozdrawiam

        • Faktycznie, tej zakorkowanej, trudnej strony Warszawy jeszcze nie poznałam! Jednak obecność tylu fajnych rzeczy niedaleko chyba choć trochę to rekompensuje, prawda? Widziałam te fontanny multimedialne w zeszłym roku i byłam zachwycona, chętnie bym wpadała na takie widowisko częściej, tak samo jak do tych świetnych knajpek.
          Cieszę się, że dobrze Ci tam.
          Trzymaj się ciepło!

  • Warszawa jest wspaniała, nawet pomim o tych motorów, które w moim Lublinie też się panoszą. Bardzo lubię niszowość niektórych knajpek i klimat wieczorów spędzanych nad Wisłą 😉 Nie widziałam tylko nigdy tych haseł na chodnikach! :O Może słusznie ludzie mi zarzucają, że wyglądam jak zarozumialec, bo chodze z zadartym nosem 😀
    Małe miasteczka mają swój urok, dlatego właśnie fajnie z takiego pochodzić i wyrwać się do dużego miasta. Wtedy jak wracasz, doceniasz zielone trasy rowerowe, własny ogródek i czyste powietrze 😉 Pozdrawiam!

    • A do Lublina jeszcze nie miałam szansy zawitać niestety, więc nie mam porównania 😀 Raz się przeszłam nad Wisłę wieczorem i potwierdzam – ten klimat jest świetny!
      Haha, może faktycznie warto czasem zejść na ziemię? Oczywiście żartuję, pewnie z zadartym nosem przynajmniej robisz wrażenie bardzo pewnej siebie i nikt Ci nie podskoczy 😀 A najwięcej haseł Loesje jest w okolicach Pałacu Kultury i Nauki, Marszałkowskiej itd, a przynajmniej jakiś czas temu tak było 🙂
      Faktycznie po takiej wizycie bardziej się docenia ciszę i spokój, choć do własnego ogródka to mi niestety daleko.
      I oczywiście pozdrawiam również!

  • Metro warszawskie jest takie ładne tylko z jednego powodu – jesteśmy do tyłu z takimi „nowościami” i w Londynie, w Rzymie (też w nich byłam, piąteczka! <3) metro stoi od lat, dlatego nie jest tak urodziwe. 😀
    Warszawa rzeczywiście może zaskoczyć, choć ja i tak jestem #TeamKraków, haha. 😀

    • Prawda, pamiętam, że coś już o tym kilka razy słyszałam! Metro w Londynie, Rzymie, Paryżu itd miało być przede wszystkim funkcjonalne i powstało dawno temu, a u nas to nowość 😀 Przynajmniej choć raz u nas jest coś ładniejszego 😀
      Wiem, wiem, pamiętam, że jesteś zakochana w Krakowie. Ja chyba jednak jestem #TeamWarszawa 😀

  • Ciekawa jestem, co mnie zaskoczy w Warszawie – wybieram się tam we wrześniu i liczę na wiele atrakcji! 🙂

    • To świetnie, miłych wakacji! Na pewno też będzie kilka takich rzeczy, no i oczywiście polecam wybrać się do Dunkin Donuts na pączki – aż żałuję, że w tym roku mnie już tam nie będzie. To się już chyba fachowo nazywa uzależnienie od cukru 😀