kiedy wykładowca mówi jedno, a robi drugie

Kiedy wykładowca mówi jedno, a robi drugie – Z pamiętnika studenta #4

Studiuję już sobie od jakiegoś czasu, więc wsiąkłam już trochę w tę „uniwersytecką” rzeczywistość. Staram się nie denerwować, gdy nowy semestr zaczyna się już za dwa dni, a tymczasem na stronie internetowej nadal nie ma planów zajęć, tak bardzo potrzebnych przy układaniu harmonogramu dla dwóch kierunków. Wypełniam posłusznie tradycyjny indeks według wzoru i składam wszystkie dokumenty o czasie. Mam co ze sobą zrobić w trakcie okienek lub gdy w ostatniej chwili odwołają nam zajęcia. Tak więc, można powiedzieć, że przyzwyczaiłam się już do uczelnianych absurdów. Jednak nadal jest taka cecha, która denerwuje mnie u wykładowców dużo bardziej niż inne. Mianowicie – kiedy wykładowca mówi jedno, a robi drugie.

NIE MAM NIC PRZECIWKO CIĘŻKIEJ PRACY

Oczywiście rozumiem, że prowadzący ma prawo dużo wymagać. Dobrze wiem, że niektóre prace i projekty, choć są pracochłonne, to jednak robimy je dla naszego rozwoju. I mimo że czasem boli, to jednak ostatecznie wychodzimy na plus. Tak samo z egzaminami – wiadomo, że nikt nie lubi, jak w krótkim czasie się nakłada mnóstwo nauki, ale jednak dzięki temu zyskujemy wiedzę potrzebną później w naszym przyszłym zawodzie ( a przynajmniej taką mam nadzieję!). Jak widać – nie mam nic przeciwko pracy, o ile ma ona sens. Jednak bardzo nie lubię, gdy prowadzący, które stosunkowo dużo wymaga, jest jeszcze przy tym hipokrytą.

„ODPOCZNIJCIE W MAJÓWKĘ OD STUDIÓW!”

Przykładowo, przed majówką większość prowadzących życzy studentom po prostu mile spędzonego czasu. Jednak są też tacy, którzy idą o krok dalej i zwracają uwagę, byśmy naprawdę wtedy odpoczęli także od studiów. Czyli nie robili projektów, nie pisali prac, nie pracowali nad prezentacjami – jednym słowem – nie uczyli się. Jednocześnie opowiadają przy tym jak bardzo trzeba uważać na przemęczenie, o tym by nie lekceważyć sygnałów organizmu, że potrzebuje odpoczynku, byśmy nie zaharowywali się, bo zdrowie jest przecież ważne. Wykładowca idealny, czyż nie?

ALE ZRÓBCIE JEDNOCZEŚNIE DUŻY PROJEKT

No właśnie niezbyt. Bo na zakończenie tych zajęć, ta sama osoba zadała nam pracę zaliczeniową w takiej formie, że jej kreatywne ogarnięcie może zająć nawet cały dzień. Tak więc jak tutaj odpoczywać w majówkę, gdy przedmiotów jest przecież sporo i z każdego coś? Oczywiście, teoretycznie można robić na bieżąco, ale praktycznie skończyło się tak, że ten prowadzący dokładnie wyjaśnił o co mu chodzi dopiero na zajęciach przed majówką.

TUŻ PRZED SESJĄ

Tymczasem teraz, gdy już wracamy na uczelnię powoli zaczynają się też kolokwia zaliczeniowe, na które trzeba się nauczyć. Tym sposobem, jeśli wzięlibyśmy sobie początkową radę prowadzącego do serca, to przypuszczam, że potem skończyło by się na siedzeniu po nocach. A to również nie jest dla naszego organizmu zbyt dobre. I myślę, że w takim wypadku to już lepiej zrobić coś w majówkę, niż potem spać po 2h, żeby się z wszystkim wyrobić.

OLAĆ WSZYSTKO? NIE, DZIĘKUJĘ.

Oczywiście to też nie było tak, że nie miałam nic z majówki, bo cały czas siedziałam nad książkami. Odpoczęłam sobie i pozwiedzałam parę fajnych miejsc. Jednocześnie zrobiłam też kilka małych rzecz na studia, by potem – gdy czasu malutko, a nauki ogrom – mieć trochę mniej rzeczy na głowie.

KIEDY WYKŁADOWCA MÓWI JEDNO, A ROBI DRUGIE

Tak więc o co mi właściwie chodzi? To proste – o to by słowa pokrywały się z czynami. Mianowicie, jeśli prowadzący wie, że jego projekt będzie wymagał mnóstwo pracy, a o ostatecznych wymaganiach mówi dość późno, to niech przynajmniej nie czaruje.  I nie mówi, że mamy wszystko olać w majówkę i sobie odpoczywać, skoro wie, że to niemożliwe lub, że potem za ten ruch zapłacilibyśmy zarywaniem nocki, a jednocześnie projektem skomentowanym przez tę samą osobę jako „mało kreatywny”. W końcu jeszcze chwilę wcześniej ostrzegał przed przemęczeniem, czyż nie?

Bo pięknie jest mówić pięknymi słowami, ale jeszcze piękniej, gdy za słowami idą czyny. Bez nich te słowa zupełnie tracą moc.