Po co nam lektury?

Książki są fajne! Dopóki to nie lektury…

Pamiętacie swoje lektury z podstawówki? Ja tak! Kiedy byłam mała, na dobranoc rodzice często opowiadali mi różne bajki. Czasem nawet wymyślali swoje własne! Gdy w końcu nauczyłam się czytać, podrzucali mi różne tytuły, a ja pochłaniałam je w zawrotnym tempie. Do dziś w mojej mini biblioteczce mam ulubione książka z dzieciństwa –  „Tomka w krainie Kangurów”, „Ronję, córkę zbójnika”, „Tajemniczy Ogród”, cykl o Pippi Pończoszance (ta to była zwariowana!) i Dzieci z Bullerbyn. To ostatnie było hitem — godzinami wyobrażałam sobie, że jestem Lisą i wysyłam wiadomości do przyjaciółek przez skrzynkę na drzewie. Nawet omawianie tego jako lektury nie zniszczyło mojego miłego wrażenia. Niestety, dalej było tylko gorzej.

Nienawidziliście „W pustyni i w puszczy” ? Zdziwię Was, ale ja przeczytałam to chyba na rok wcześniej przed omawianiem! Dlaczego? Bo historia Stasia i Nel bardzo mnie ciekawiła! Tak samo z „Anią z Zielonego Wzgórza” – gdy dostałam tę książkę na Wielkanoc od razu przy stole, wśród wszystkich dorosłych, zaczęłam czytać pierwszą część, a potem kolejną i kolejną. Wkrótce okazało się, że te dwie książki będą lekturami. Na początku się cieszyłam. Nawet bardzo! No bo jak tu nie lubić lekcji, na których omawia się Twoje ulubione książki? Niestety — da się.

Zaczęły się pytania o szczegóły i doszukiwanie ukrytych motywów. Zaczęło się pisanie charakterystyk. Zaczęło się wyszukiwanie opisów przyrody i domu głównego bohatera. Zaczęło się mnóstwo „bzdur”, przez które jakimś cudem te książki nie wydawały się już tak fajne…

Ale to jeszcze nie koniec, o nie!

książki i lektury na kindle

 CZYTANIE PRZYKRYM OBOWIĄZKIEM

Nadal było coraz gorzej. W gimnazjum doszły dramaty, z których nic nie rozumiałam i wiersze, których autorzy pisali, jakby urwali się z Księżyca. A przynajmniej ta trzynasto / czternastoletnia ja miała takie wrażenia.

I nie zrozumcie mnie źle – ja naprawdę wierzę, że większość tych książek jest całkiem wartościowa, tylko niestety niezbyt dobrze dopasowana do naszego wieku i zainteresowań.

W liceum osiągnęłam szczyt — testowałam te lektury, wpierw czytając parę stron streszczenia i gdy kompletnie nie przypadła mi do gustu, to drukowałam opracowania charakterystyki, które przeważnie na sprawdzianie dawały mi więcej, niż gdybym naprawdę przeczytała daną książkę.  I uwaga – na lekcjach często czytaliśmy jakieś fragmenty, czy korzystaliśmy z całych rozdziałów, więc to nie tak, że oceniam te powieści tylko po streszczeniu.

Zraziłam się kompletnie do jakichkolwiek książek opisanych „lektura”. Gdy widzę książkę w dziale „lektury” to czuję, że jest małe prawdopodobieństwo, że po nią sięgnę. Kojarzy mi się z nudą, szczegółowymi testami ze znajomości, przepisywaniem podręcznika i długimi wypracowaniami.

Nasuwa mi się tylko jedno pytanie: Po co mi były te lektury? Po co zmarnowany czas na czytanie streszczeń?

POLUBIĆ KSIĄŻKI?

Przecież to wcale nie sprawiło, że bardziej polubiłam książki, ba! Wręcz sprawiło, że zmalała ilość mojego czasu na czytanie tego, co chcę i skutecznie odrzuciło mnie od niektórych książek, które były po prostu niedostosowane do mojego wieku. Przykład? „Inny Świat” wrzucono tuż przed maturami, kiedy każdy był zajęty ogarnianiem matematyki i czytaniem reszty opracowań. Zdążyliśmy przeczytać z niej jeden rozdział, więc wiem, że jest to książka ciekawa. Kiedyś bardzo chciałabym ją przeczytać.

Ale to zrobię już na moich warunkach – wtedy kiedy chcę i lubię – nie jako lekturę, w której trzeba zaznaczać ważne cytaty i przygotowywać charakterystyki bohaterów. To ma być dla mnie przyjemność, a nie przykry obowiązek, do jak najszybszego skreślenia z „to do list”.

książki i lektury na łóżku

KOCHAM CZYTANIE

Teraz nikt mnie nie zmusza do czytania lektur i od razu czuję się lepiej. W wolnej chwili pochłaniam Cobena (patrz: Harlan Coben – „Sześć lat później”) a dawniej moją ulubioną „autobusową” czytanką były kryminały Agathy Christie. W Święta często sięgam po Evansa, który pomaga mi docenić to, co mam. Od czasu do czasu zaglądam do powieści typu „Young Adult” np. Igrzysk Śmierci, czy też romansów, a niedawno wykorzystałam autobus, żeby przeczytać „Magię Słów”, którą gorąco polecam.

PO CO NAM LEKTURY?

Żeby zachęcić dzieci i młodzież do czytania? No chyba nie! Jak ktoś wierzy, że lektury sprawią, że podniesie nam się poziom czytelnictwa wśród dzieci, to się myli. Mnie to tylko zniechęciło i jak patrzę na 99% moich byłych klas, to mam wrażenie, że nie jestem jedyna.

BEZ OGRANICZEŃ

Jak podnieść poziom czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży w Polsce? Dajcie im wolną rękę i pozwólcie czytać, to co chcą. W szkołach  wystarczy uzgodnić, że zaliczeniem będzie przeczytanie dowolnych 6 książek na rok szkolny. Potem o każdej z nich trzeba coś  napisać — czego się z niej nauczyli, co im się w niej podobało, co nie, w jaki sposób zmieniliby akcję, z którym bohaterem się utożsamiają. Można nawet napisać własne opowiadanie na motywach danej książki! Pozwólcie popuścić  wodze fantazji!

Moim zdaniem, to dałoby lepsze efekty, niż narzucanie czytania książek sprzed paru wieków i wmawiania dzieciom, że „Słowacki wielkim poetą był”. Niech się przekonają o tym z własnej woli, bo chcą.

Chcą, nie muszą.


Zgadzacie się z moimi odczuciami? Czy to tylko mi się wydaje, że zmuszanie do czytania powoduje bunt, bo lubię być niezależna i robić co, bo chcę, a nie być zmuszaną? Macie jakie ulubione lektury, a może jak ja ich nie znosiliście?  Czy może to tylko ja trafiałam na takich polonistów, którzy tak  bardzo zniechęcili mnie do lektur?

  • Niestety, kanon lektur jest przestarzały. W ogóle słowo „kanon” już niesie jakieś wartościowanie, a dodatkowo wskazuje, że ktoś kiedyś musiał określić, co w tym zbiorze się znajdzie. I owszem, wśród morza lektur, rzadko kiedy coś się komuś spodoba, dlatego zgadzam się, że osoby, które nie były przekonane do czytania, z pewnością nie dadzą się przekonać Sienkiewiczowi (choć i tutaj pewnie znalazłyby się wyjątki). Jednak, jeśli miało się mądre polonistki/mądrych polonistów, potrafią wybrać z kanonu coś, co może zaciekawić uczniów. Miałam to szczęście i dlatego, obok lektur ze znienawidzonego romantyzmu, cieszyłam się na czytanie Tam, gdzie spadają anioły, Hobbita czy Cudzoziemki. Chciałabym, żeby każdy nauczyciel potrafił zarażać pasją, ale to tylko marzenie :).

    • Oj tak! Zgadzam się w 100% – kanon zdecydowanie jest przestarzały!
      Fajnie, że miałaś mądre polonistki – co prawda nie czytałam „Tam, gdzie spadają anioły” , ale opis zapowiada się zachęcająco! Szkoda, że u nas przerabiało się głównie te lektury z kanonu.
      Też chciałabym, żeby każdy nauczyciel umiał zarażać pasją! 🙂

  • Ja osobiście lubiłam czytać lektury i dla mnie w większości same w sobie nie były złe, ale sposób w jaki je omawialiśmy też nie zawsze mi się podobał. Ja lubię czytać dla siebie i wynieść z książki to, co jest dla mnie ważne. A w szkole trzeba było skupiać się na elementach, które miały znaczenie wg. programu nauczania. I to nie zachęcało nas do czytania.

    • Oj widzisz, a ja się nieźle zniechęciłam do lektur właśnie przez ten sposób omawiania lektur.

  • Właśnie wczoraj dyskutowałem z kolegami na temat lektur. Z jednej strony, uważam, że czytanie lektur nie powinno być obowiązkowe – jak ktoś nie chce, dobra. Nikt przecież nie karze mu się rozwijać. Z drugiej strony lektury niosą ponadczasowe przesłania, idee i wartości, których spora ilość z dzisiejszych książek nie posiada.

    • starfish

      Idąc tym tropem szkoła nie powinna być obowiązkowa – „jak ktoś nie chce, dobra. Nikt przecież nie karze mu się rozwijać.”

      A co do zarzutów, że lektury nie są wciągające, to przecież oczywiste, że ludzie mają różne gusta. Ktoś, kto nie lubi powieści historycznych, będzie narzekał, że lektury są nudne, bo kazano mu czytać Sienkiewicza. Ktoś, kto nie lubi powieści psychologicznych, będzie narzekał, że lektury są nudne, bo kazano mu czytać Dostojewskiego. I tak dalej. Reasumując: marudy zawsze się znajdą i lektury zawsze będą nienawidzone, nawet jak znajdzie się wśród nich „Harry Potter”, bo przecież nie każdy lubi fantastykę. A takich dzieci, które lubią cokolwiek, co jest obowiązkowe, wręcz ze świecą szukać.

      • I wtedy byłoby lepiej – ci co nie chcą, niech nie chodzą.

    • Zgadzam się, że większość lektur niesie jakieś ważne przesłania itd, tylko problemem jest to, że nie są one dostosowane do naszego wieku i naszych czasów. Mnie osobiście większość lektur strasznie zniechęciło przez sposób ich omawiania i właśnie to niedostosowanie. Możliwe, że za 10 lat będę np. uwielbiać „Lalkę” 🙂
      Czy spora część nie posiada takich wartości? Tutaj myślę, że zależy kto, co czyta, bo ja w wielu moich książkach czytanych z własnej woli umiałam znaleźć więcej wartości niż w lekturach 😉

  • Częściowo się z Tobą zgadzam, a częściowo nie 😀 Lektury w szkole są potrzebne i nie tylko dlatego, by zachęcać dzieci do czytania. Przede wszystkim dostarczają nam wiedzy, rozwijają wyobraźnię i wzbogacają słownictwo. Na swoim przykładzie mogę potwierdzić, że bogaty zasób słów nie wziął się u mnie z księżyca. Od dziecka czytam książki – i to głównie z nich nauczyłam się różnych zwrotów. Zobaczyłam, jak można opisać słowami nie tylko przyrodę czy otoczenie, ale również zjawiska niedostrzegalne gołym okiem – emocje, uczucia, czy panującą atmosferę. Kiedy patrzę na moją siostrę, która nie tylko z lekturami szkolnymi jest na bakier, ale i z książkami w ogóle – widzę wyraźnie, jak bardzo zubożałe jest słownictwo dziecka nieczytającego. To ciągnie za sobą szereg innych konsekwencji, między innymi nieumiejętność prowadzenia rozmowy, wyrażania swoich uczuć, a nawet określenia tych uczuć. Oprócz pozytywów, które opisałam powyżej, jest jeszcze kwestia wiedzy. Lektury mają nam dostarczać informacji na temat różnych epok, o których uczymy się nie tylko na lekcjach polskiego, ale i historii czy wiedzy o społeczeństwie. To wszystko się łączy w jedną logiczną całość.

    Jednak podobnie jak Ty twierdzę, że lektury zniechęcają uczniów do czytania. Myślę, że kwestia ta dotyczy głównie liceum, a czasem i gimnazjum. W podstawówce lektury są raczej przyjemną odskocznią, a ich powierzchowne „przerabianie” podczas lekcji nie powinno dziecku sprawiać większych kłopotów. Inaczej jest w liceum, kiedy pojawiają się poważne dzieła poważnych autorów. Nie wydają się one atrakcyjne. W żaden sposób. Mało który nastolatek ma pragnienie dowiedzieć się, jak wyglądało życie w epoce pozytywizmu, albo poznać sercowe problemy Wertera. I racja! Sama muszę przyznać, że przeczytałam tylko kilka z całej licealnej listy obowiązkowych lektur.

    Nie wydaje mi się jednak, że można z czystym sumieniem całkowicie zrezygnować z lektur szkolnych. Moim zdaniem należy coś zmienić, udoskonalić, a na pewno wybrać trochę nowych tytułów. Z obecnego kanonu zostawić te, które są w miarę przystępne, a jednocześnie dostarczają podstawowej wiedzy o danej epoce. Powinno się również zmienić podejście nauczycieli. Sprawdzian znajomości omawianej lektury nie powinien polegać na tym, że nauczyciel dopytuje się ucznia o imię psa Boryny. Tu raczej należy rozeznać, czy uczeń rozumie ogólne przesłanie, sens opowieści, czy ma pojęcie o czasach, w których toczy się akcja.

    Mnie lektury i tak nie zniechęciły do czytania, bo książki to całe moje życie, bez nich miałabym tylko jedno życie, a tak – mam ich tyle, ile opowieści poznam na kolejnych stronach 🙂

    No… to może na tym zakończę. Oczywiście nie miej mi za złe długości komentarza, ani mojej opinii, masz wiele racji w tym co piszesz. Na pewno wielu młodych ludzi się z Tobą zgodzi. Ze mną być może o wiele mniej 😀

    • Ależ ja się bardzo cieszę z takiego długiego komentarza! Dla mnie to znak, że ktoś się naprawdę zaangażował w to, co piszę 😉

      „Przede wszystkim dostarczają nam wiedzy, rozwijają wyobraźnię i wzbogacają słownictwo. Na swoim przykładzie mogę potwierdzić, że bogaty zasób słów nie wziął się u mnie z księżyca.” – tak, ale w ten sposób działa większość książek, nie tylko lektury 🙂 I o ile w podstawówce były jeszcze w miarę okej i wtedy dało się to przeżyć, to dalej już było trochę gorzej. Z czystym sumieniem mogę przyznać, że lektury w gimnazjum i liceum ani nie dostarczyły mi żadnej wiedzy (bo byłam tak znudzona ich treścią, że wszystkie wiadomości mi z głowy uciekły), zbytnio też nie rozwinęły wyobraźni (bo tę już rozwijałam „swoimi” książkami np. z dziedziny fantasy, przygoda, obyczajówka itd).

      „Kiedy patrzę na moją siostrę, która nie tylko z lekturami szkolnymi jest na bakier, ale i z książkami w ogóle – widzę wyraźnie, jak bardzo zubożałe jest słownictwo dziecka nieczytającego.” – właśnie – dziecka nieczytającego nic, bo dzieci, które czytają jakieś książki dostosowane do ich wieku raczej mają dość dobrze rozwinięte słownictwo.

      „Lektury mają nam dostarczać informacji na temat różnych epok, o których uczymy się nie tylko na lekcjach polskiego, ale i historii czy wiedzy o społeczeństwie.” – tak, tylko kiedy dziecko się nudzi czytając taką książkę, to tak naprawdę nie wyciąga z niej żadnych informacji. Uważam, że dobrze byłoby poszerzyć dostępną literaturę, czyli np. ucząc się o kulturze średniowiecza, nie musimy czytać jednej i tej samej książki, która nie każdemu się spodoba, ale dodać tam mnóstwo innych książek, które opowiadałyby o tej kulturze. Z własnego doświadczenia mogę dodać, że z lektur nie wyciągnęłam na dłuższą metę żadnych informacji na temat epok. Wszystko czego się o nich dowiedziałam pochodziło właśnie z lekcji historii, którą uwielbiałam 😉 Może po prostu trafiałam na niefajnych nauczycieli?

      „W podstawówce lektury są raczej przyjemną odskocznią, a ich powierzchowne „przerabianie” podczas lekcji nie powinno dziecku sprawiać większych kłopotów.” – tak, tutaj sie zgadzam.

      W liceum i niekiedy nawet gimnazjum zdecydowanie trzeba dobrać jakieś nowe tytuły, które byłby bardziej dopasowane do współczesnej młodzieży.

      „Sprawdzian znajomości omawianej lektury nie powinien polegać na tym, że nauczyciel dopytuje się ucznia o imię psa Boryny.” – dokładnie! To dla mnie kompletny bezsens, bo trafiając na takie pytanie bardziej opłaca się wkuć streszczenie, niż naprawdę przeczytać książkę. Dodatkowo u mnie omawianie lektur zaczynało sie od…. przepisywania podręcznika. Tzn. było w nim małe streszczenie, opis bohaterów, geneza powieści, historia autora itp, a pani kazała nam to sobie „opracować” czyt. przepisać to, co najważniejsze. Oczywiście często to „najważniejsze” było połową (jak nie więcej) tekstu z podręcznika….

      Nie rozumiem dlaczego miałabym Ci mieć za złe Twoją opinię? 😀 Jak pisałam już na początku, lubię takie długie komentarze, no i przecież każdy ma prawo do swojej opinii, o ile jest wyrażona w sposób kulturalny i nieobrażający innych 😉 Nie mówiąc już o tym, że opinia odmienna od mojej też nieźle skłania do myślenia i poszerza horyzonty + uczysz się sztuki argumentacji 😀

      • Znaczy się… generalnie w większości się ze sobą zgadzamy 🙂 Twoje argumenty mnie przekonują, naprawdę. Każda książka uczy tego, o czym pisałam, każda rozwija. Masz rację, że nudna książka niewiele da czytelnikowi. Najwięcej czerpiemy przecież z tych, które do nas trafiają i ciekawią. Wiem, że obecny system przerabiania lektur w szkole jest bezsensowny. Chodziło mi po prostu o to, by nie likwidować lektur całkowicie, tylko zmienić coś. Żeby dzieciaki odnalazły przyjemność w czytaniu!

        Tak czy owak, uczyć się sztuki argumentacji z Tobą to czysta przyjemność 😀 Mam nadzieję, że znajdą się inne tematy, w których będzie możliwość tak rozwijającej dyskusji 🙂

        • Teraz już Cię rozumiem! Zdecydowanie fajnie byłoby gdyby dzieci odnalazły tę przyjemnosć w czytani!
          Z Tobą też się fajnie dyskutuje! 🙂 Dziękuję!

  • Lektury są w większości nieaktualne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i problemami ludzi w wieku szkolnym. Nic dziwnego, że zniechęcają do czytania. Ja też nie lubiłam większości lektur, chociaż niektóre były znośne. „W pustyni i w puszczy” nie przeczytałam nigdy do końca, wszystkie książki Sienkiewicza to dla mnie okropieństwo. 🙂

    • „Lektury są w większości nieaktualne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i problemami ludzi w wieku szkolnym.” – dokładnie! No może jeszcze ta Ania z Zielonego Wzgórza się jakoś trzymała, ale reszta to chyba średnio ( z tego co pamiętam) 😀

      Przypuszczam, że gdybym sama nie zaczęła „W pustyni i w puszczy”, to po przerobieniu tego jako lekturę też bym nie pałała do tego sympatią 🙂

  • Dobrze, że w szkole lektury są obowiązkowe, choć rzeczywiście można by je nieco zweryfikować, bo niektóre są po prostu dla dzieci nudne. Moja córka uwielbia czytać książki i póki co nie robi podziału na te obowiązkowe i dobrowolne. Chłonie wszystko i w dużych ilościach. Ja w jej wieku też chętnie czytałam, ale potem stało się to jakimś sztucznym obowiązkiem i już nie miałam ochoty na te „przymusowe”. Może byłam przekorna? Nie pamiętam, ale nauczyłam się i zapamiętałam jedno – książki pełnia niezwykle ważna rolę w życiu człowieka i zawsze warto po nie sięgać. Z ogromną też czułością patrzę jak moje dzieci uwielbiają książki.

    • ” Ja w jej wieku też chętnie czytałam, ale potem stało się to jakimś sztucznym obowiązkiem i już nie miałam ochoty na te „przymusowe”. ” -To widzę, że mamy podobnie!
      Również teraz chętnie sięgam po książki 😉

  • jarek

    Doniu, świetny tekst, na prawdę. Nie jesteś jedyną osobą, która nie nawidziła czytać lektur. Sam znam mnóstwo takich osób. Na szczęście, te czasy, kiedy musieliśmy czytać te jakże interesujące lektury.
    P. S. Wytrwałości życzę. Wiesz o co chodzi.

  • jarek

    Doniu, świetny tekst, na prawdę. Nie jesteś jedyną osobą, która nie lubiła czytać lektur. Sam jestem taką osobą i znam takich osób na prawdę dużo. Na szczęście, czasy, kiedy musieliśmy przerabiać te jakże interesujące książki, już za nami.
    P.S. Wytrwałości. Wiesz o czym mówię.
    Pozdrawiam:-)

  • Nie lubiłam lektur właśnie dlatego, że byłam zmuszona je czytać. To po pierwsze. A po drugie, irytowało mnie potem odpytywanie o szczegóły, których ja nie pamiętałam, a które niby świadczyć miały o przeczytaniu lektury . A dla mnie ważniejsze były emocje zawarte w książce i akcja . Większość lektur przeczytałam, ale przyznaję, że czytanie jest o wiele przyjemniejsze, jeśli się czyta to co się chce. Uważam, że to bardzo dobry pomysł pozwolić na to młodym ludziom. 🙂

  • Ojj.. dużo na ten temat mogę powiedzieć, bo uczę języka polskiego 😀 Lektury – widzisz, wszystko zależy od tego, jakie podejście do czytania tych książek ma właśnie prowadzący zajęcia. Jeżeli stoi nad Tobą i stawia oceny za znajomość tekstu i próbuje Cię złapać na tym, czego nie wiesz, nie pamiętasz, nie rozumiesz, wtedy zero przyjemności z czytania będzie. Ja podczas omawiania lektury stawiam przede wszystkim na zadania rozwijające kreatywność. Staram się rozmawiać z uczniami na temat emocji, jakie wywołały w nich przeczytanie książki, jakich bohaterów polubili itd. To bardzo ważne. Sama czułam się zawiedziona, kiedy nauczyciel atakował nas sprawdzianikami ze znajomości tekstu, a nie pozwolił swobodnie wypowiedzieć się o treści. Nie zaczynam nigdy od nudnych zadań typu opisy i fragmenty. To oczywiście też trzeba realizować, ale bez niepotrzebnej spiny. Jeżeli chodzi o gimnazjum i szkołę średnią – rozumiem, że wiele utworów może nam się nie podobać i niektóre nie są dostosowane do wieku, ale tutaj też nauczyciel musi wiedzieć, jak naprowadzić uczniów na właściwą interpretację. Przed czytaniem należy już uczulić uczniów, na co powinni zwracać uwagę. Wszystkie utwory są interesujące i naprawdę otwierają umysł, ale jeżeli trafi się nauczyciel, któremu się nie chce wymyślać ciekawych lekcji to faktycznie może zniechęcić dzieci do czytania.

    • ” Lektury – widzisz, wszystko zależy od tego, jakie podejście do czytania tych książek ma właśnie prowadzący zajęcia. ” – oj, tak! Np. u mnie w LO oamawianie lektur zaczynało się od przepisywania najważniejszych rzeczy o lekturze z podręcznika, czyli streszczenia, opisu bohaterów, miejsca, czasu, genezy, biografii autora, a potem czytanie tego z zeszytu przez uczniów.

      Myślę, że wiele lektur jest tez niedostosowana do wieku dzieci – np. ja na tę chwilę nie lubię „Lalki”, „Wesela” nie znoszę itd. A przypuszczam, że jakbym to przeczytała za kilka lat, to uznałabym, że w sumie to całkiem spoko książki 🙂

      „Staram się rozmawiać z uczniami na temat emocji, jakie wywołały w nich przeczytanie książki, jakich bohaterów polubili itd.” – w takim razie szkoda, że mnie nie uczyłaś 😀

  • Masz rację!!! Ja przeczytałam „Lalkę” jeszcze raz po skończeniu liceum i stała się dla mnie jedną z ulubionych książek przeczytanych do trzydziestego roku życia. A wcześniej nie mogłam jej strawić….była dla mnie beznadziejna.

    • O, ja też uwielbiałem „Lalkę” 🙂 Dokładnie tak samo ze mną było 🙂

    • To ja jestem jeszcze na etapie „nie mogę tego strawić” 😀 Mam nadzieję, że potem będzie lepiej 😉

    • … „Lalka”… jedna z moich ulubionych! <3 🙂

  • Wiadomo, buntujemy się przed wszystkim, co z góry narzucone. I stąd niechęć do lektur. Wiesz, ile osób w liceum nie chciało czytać Mistrza i Małgorzaty, a dziś mnie pytają: „ej, naprawdę dobre to?”

    • Myślę, że niechęć jest tez spowodowana niedopasowaniem do wieku 🙂
      No i jak się coś robi z własnej woli, to jest też o wiele większa motywacja, przynajmniej u mnie. Nie mówiąc już o tym, że często z takiego „przymuszonego” czytania zapamiętuję tyle co nic…

  • A ja nie mogę się z Tobą zgodzić 🙂 Większość lektur szkolnych bardzo mi się podobała. Zawsze lubiłam czytać, a to że byłam bardziej zmotywowana przez konieczność sięgnięcia do jakiejś pozycji, działało jak najbardziej na plus. Zawsze lubiłam też interpretowanie, pisanie wypracowań, czy właśnie to przysłowiowe „co autor miał na myśli” 🙂 Wiadomo, że były takie książki, przez które było mi bardzo ciężko przebrnąć, ale było ich niewiele 🙂 Nie wiem, może to ja jestem jakaś dziwna :):) Zgodzę się natomiast, że część lektur jest niedopasowana do naszego wieku i nie do końca rozumiemy je tak, jak powinniśmy. Dlatego postanowiłam sobie mocno, że będę wracać do lektur szkolnych i czytać je teraz, kiedy już więcej wiem i rozumiem 🙂
    Kinga

    • Rozumiem 🙂
      Ja też lubiłam czytać, ale tylko te „moje” ksiażki, które wyobrałam sobie sama. Konieczność bardziej mnie demotywowała. A interperetowanie, pisanie wypracowań, „Co autor miał na myśli?” – to była moja wielka zmora! Jak tylko się dowiadywałam, że wypracowanie będzie, to od razu miałam dość!
      Zgadzam się, że lektury są niedopasowane do naszego wieku i myślę, że to też jeden z najważniejszych czynników zniechęcających. A nuż za kilka (dziesiąt) lat wrócę do tych lektur i stwierdzę, że w sumie to sa całkiem fajne? Kto wie? 🙂

  • Ja miałam cudownych polonistów 🙂 A bunt cóz szkoła to czas buntu czy to przeciwko lekturom czy też matematyce 🙂

    • No cóż, widać to ja musiałam jakoś średio trafić 🙂

  • JAk ja nie znosilam lektur! brrr…..

  • Ja sumiennie czytałam lektury przez zdecydowanie sporą część mojego życia. Męczyłam się w przeważającej większości, bo czytanie książek niedopasowanych do wieku lub po prostu niezbyt wciągających, tak jak wspomniałaś, sprawia, że czujemy wewnętrzny bunt. W trzeciej liceum powiedziałam sobie dość. Nie lubię książek wojennych. Miałam wtedy bardzo ciężki okres w życiu, a one dodatkowo mnie dołowały, często wywoływały obrzydzenie (sugestywne opisy obozów) itp, więc po prostu nie miałam siły ich przeczytać. No i to olałam. Posłuchałam sobie na lekcji, sporo opowiedziała mi koleżanka, zapoznałam się ze streszczeniami. I nie czuję się winna. Na egzaminie ich nie było, problematykę znam, więc w przypadku konwersacji na ten temat nie czuję się uboższa o wiedzę, a przynajmniej zajęłam się wtedy tym, co było ważne.
    A czytać naprawdę lubię. Quo vadis przeczytałam zanim było lekturą. I podobało mi się. Ania z Zielonego Wzgórza tak samo ;D Nawet Nad Niemnem nie jest takie tragicznie beznadziejne, jak poprzeskakujemy opisy przyrody i zerkniemy na samą treść obyczajową.

    • ” Męczyłam się w przeważającej większości, bo czytanie książek niedopasowanych do wieku lub po prostu niezbyt wciągających, tak jak wspomniałaś, sprawia, że czujemy wewnętrzny bunt.” – dlatego ja w LO przestałam się męczyć, bo uznałam, że to mija się z celem 😉
      A „Ania z Zielonego Wzgórza” jest świetna!

  • starfish

    Nie wiem dlaczego w społeczeństwie pokutuje przekonanie, że lektury są po to, by zachęcić młodzież do czytania książek. Od tego są rodzice (i na szczęście rodzice autorki świetnie się wywiązali z tego zadania, brawo!). Lektury nie są przewidziane w systemie edukacji jako rozrywka, bo szkoła to nie plac zabaw. Lektury są po to, by uczyć podstaw literaturoznawstwa, czytania ze zrozumieniem itd. Sądzicie, że dzieciaki nauczyłyby się czegoś z omawiania trójkąta miłosnego z jakże fascynującej lektury „Zmierzchu”? Moim zdaniem dużo bardziej rozwijające jest doszukiwanie się motywów i charakterystyka psychologiczna bohaterów „Ani z Zielonego Wzgórza”.

    • Lektury są po to, by nauczyć czytania ze zrozumieniem? W podstawówce i na pocżątku gimnazjum – okej, zgadzam się. Ale w liceum? W liceum uczniowie już raczej umieją czytać ze zrozumieniem bardzo dobrze 😉
      „Moim zdaniem dużo bardziej rozwijające jest doszukiwanie się motywów i charakterystyka psychologiczna bohaterów „Ani z Zielonego Wzgórza”.” – tak, ale takie doszukiwanie się motywów na siłę mnie osobiście zniechęca bardzo. Czytając książkę lubię sama dochodzić do wniosków, szukać tam drugiego dna, analizować bohaterów i skupić się na tym co jest ważne dla mnie, a nie dla podstawy programowej 😉

  • Nigdy w życiu nie przeczytałam żadnej lektury szkolnej. Naprawdę! Ratowałam się streszczeniami. Nie lubiłam książek i unikałam ich jak ognia. Do czasu, kiedy zaczęłam czytać to, co faktycznie mnie interesuje.

    Teraz jesteśmy dobrymi kumplami. 🙂

    • Piąteczka!
      Książki i ja to tez teraz dobrzy kumple 😉

  • To zawsze mnie najbardziej demotywowało — po przeczytaniu streszczenia dostajesz 4, a po przebrnięciu przez całą książkę, 2. Rzeczywiście, doszukiwanie się nie wiadomo jakich szczegółów i motywów trochę niszczy przyjemność czytania, a zamiast skupić się na fabule, zastanawiasz się, co autor miał na myśli, jak pisał o patrzeniu w niebo i czym się inspirował. Ale takie są wymagania, bo o co innego mogliby nas, uczniów, spytać? Gdyby każdy miał przeczytać kilka dowolnych książek, to nauczyciele musieliby znać je wszystkie, żeby móc ocenić, z resztą i tak nie każdy by czytał, bo niektórzy po prostu nie lubią… To chyba też nie jest najlepsze wyjście.

    • „To zawsze mnie najbardziej demotywowało — po przeczytaniu streszczenia dostajesz 4, a po przebrnięciu przez całą książkę, 2.” – oj tak!
      „zamiast skupić się na fabule, zastanawiasz się, co autor miał na myśli, jak pisał o patrzeniu w niebo i czym się inspirował.” – true story!

      Dlaczego nauczyciele musieliby znać wszystkie książki? Wystarczyłoby sprawdzić czy dana książka naprawdę istnieje i krótkie streszczenie, żeby uczniowie nie zmyślali tytułów. Potem uczeń mógłby opowiedzieć o książce reszcie klasy – tak miałam np. z kryminałami w gimnazjum: pani kazała nam przeczytać dowolny kryminał i potem oppowiedzieć reszcie o czym to jest, co nam się podobało w lekturze, co nie itd 🙂 Dlaczego nie dałoby się tego rozszerzyć na resztę? Np. przeczytajcie dowolną książkę historyczną, fantastyczną, opowieść wojenną, a potem o niej opowiedzcie, zainteresujcie tym klasę? 🙂

  • Z racji tego, że studiuję polonistykę (i to specjalizację nauczycielską), niemalże obcuję z lekturami 24/7 i powiem Ci, że wszystko zależy od punktu widzenia. Zgadzam się, że obowiązek czytania trochę zniechęca, ale z drugiej strony są też lektury, które zachwycają mimo wszystko – nawet, jeśli podchodzi się do nich z dużą dozą niechęci. Miałam tak w liceum i mam też tak teraz – na studiach. Zachwycam się książkami, których nie chciałam czytać i groziłam, że jeśli ktoś zmusi mnie do ich lektury, to poderżnę sobie gardło. 😀

    • Myślę, że dużo tutaj zależy też od indywidualnego gustu – np. ja nie mogłam znieść lektur licealnych i nie sądzę, żebym się nimi zachwyciła prędzej niż np. za 5-6 lat, bo dla mnie były tak niedostosowane i nudne. Jednak nie wykluczam, że za jakiś czas stwierdzę, że w sumie to jest całkiem fajnie 😉

  • Ja też uważam z lektury bardzo zniechęcają… całe liceum tylko czytałam, zresztą na studiach psychologicznych też tylko czytam 😀 (ale tutaj przynajmniej coś, co mnie interesuje).

    Uważam jak Ty, że przymus powoduje bunt!

    Pozdrawiam ciepło,

    Panna Joanna

    • No właśnie – na studiach psychologicznych czytasz coś, co Cię unteresuję! 🙂
      Pozdrawiam ciepło również!

  • Mam pewne wątpliwości co do takiego pomysłu. Gdy niedawno pytano młodzież o najlepszą książkę, zwyciężyło „50 twarzy Greya”, więc…
    Zgadzam się, niektóre lektury są upiornie nudne, ale pewien kanon jednak trzeba znać – choćby dlatego, że ułatwia porozumiewanie się z innymi ludźmi.

  • Ach, dzieci z Bullerbyn! Wspaniała lektura!
    Ja w podstawówce także czytałam chętnie i tak jak Ty, często zanim wiedziałam o tym, że będę musiała je przeczytać. Z czasem było coraz gorzej, a w liceum – z racji na inny profil – w 90% przypadków czytałam streszczenia, choć niektóre z nich bardzo chciałam przeczytać. System zadawania lektur w Polsce nie jest najbardziej przemyślany i rzeczywiście znacznie częściej zniechęca, a nie zachęca. Teraz na studiach także mam dużo lektur, jednak wygląda to jakoś inaczej – lepiej. A w wolnych chwilach nadrabiam lektury! 🙂

    • „System zadawania lektur w Polsce nie jest najbardziej przemyślany i rzeczywiście znacznie częściej zniechęca, a nie zachęca.” – dokładnie!
      Fajnie, że teraz omawianie wygląda u Ciebie lepiej! 😉

  • Pamiętam, że w szóstej klasie podstawówki pani od języka polskiego wprowadziła nam dodatkową lekturę Harry Potter. Pamiętam jakby to było dziś jak wszyscy byli zadowoleni 😀 😀 😀

    • Czytaliście „Harry’ego Pottera” jako lekturę? Ale fajnie! U nas niestety nie było takiego wyboru…

      • Tak 🙂 To była chyba jedyna książka, którą cała klasa przeczytała i nikt nie marudził 😉

  • We wszystkim powinno się znaleźć równowagę! Nie mogę przyznać, że kochałam wszystkie lektury. Wiele z nich czytało mi się niezwykle ciężko. Niektóre skutecznie mnie zniechęcały do podejmowanych tematów. Tyle, że pozwoliły mi na zdobycie edukacji. To tak jak przedmioty na studiach. Były takie, które wydawały mi się męką. Praktykując zawód odkryłam, że tak naprawdę pomogły mi nabrać szerszej perspektywy. We wszystkich szkołach udało nam się przemycić część naszych lektur. Co miesiąc głosowaliśmy lub omawialiśmy wybrane przez nas książki. Zdecydowanie było warto!

    • ” We wszystkich szkołach udało nam się przemycić część naszych lektur. Co miesiąc głosowaliśmy lub omawialiśmy wybrane przez nas książki. ” – zazdroszczę! U mnie omawianie lektur w liceum polegało na tym, że np. na pierwszej lekcji pani kazała nam „opracować” lekturę z podręcznikiem, co w praktyce oznaczało przepisywanie połowy informacji o autorze, genezie, mejscu, czasie, bohaterach itd. Nie mielismy też żądnego wyboru książek – absoutnie wszystkie były narzucone z góry przez nauczyciela i tyle.

      Masz rację – moi rodzice tez zachęcili mni do czytania książek i to głównie im zawdzięczam to, że dzisiaj kocham czytać.

  • … pamiętam, że MARZYŁAM wręcz aby po szkole czy po zajęciach na studiach mieć po prostu czas na czytanie tego, na co akurat mam ochotę. Samo narzucanie lektur zniechęcało do sięgania po książkę, więc zgadzam się z Tobą zdecydowanie.

    • Mam nadzieję, że teraz już masz czas na czytanie tego, co chcesz? 😉

  • Podpisuję się pod tym…lektury bardziej zniechęcały do czytania, niż zachęcały. Cieszę się mimo wszystko, że nie zabiły we mnie radości z czytania 🙂 a dziś mogę czytać to na co mam ochotę! 🙂

    • Cieszę się, że mamy podobne odczucia!
      Ja obecnie uwielbiam czytać, jak trafię na coś wciągającego, to po prostu nie mogę się oderwać! Nawet o kolacji mogę zapomnieć 🙂

  • Ja przez lektury znienawidziłam ksiązki, ale mi przeszło. Poszłam na studia… i teraz to na prawdę nie lubie czytac..przez te wszystkie nudne ksiązki które zadają do przeczytania jako mus. A tak kochałam czytać…

    • Mimo wszystko mam nadzieję, że kiedyś pokochasz czytanie na nowo! Trzymam kciuki!

  • Dokładnie, nawet kiedyś Szymborska powiedziała, że największą krzywdą dla książki jest zrobienie z niej lektury. Sama mam zamiar wrócić do książek, których nie czytałam bo były obowiązkowe. Kiedy zadano Faraona ja wolałam pochłaniać Harrego Pottera, Pamiętniki Księżniczki, Ćpuna, My dzieci z dworca Zoo etc. Ominęłam wiele wartościowych książek… niestety, ale jak sama napisałaś streszczenie miało w sobie wszystko co było potrzebne do egzaminu i też sądzę, że po przeczytaniu książki nie umiałabym udzielić odpowiedzi na wiele pytań. Co do ostatnich akapitów Twojego tekstu, to muszę przyznać, że się rozmarzyłam. Pamiętam moją nauczycielkę od języka polskiego w gimnazjum, która kładła ogromny nacisk na pisanie tekstów (niestety później zostało to zaniedbane…). Niekiedy miałam już dosyć, wyprana z inwencji twórczej Pani N. kazała nam pisać i pisać. Za każdym razem były określone zadania: opisz sen w którym bla bla bla, napisz kryminał, w którym… Z perspektywy czasu widzę jak to zmieniło moją wyobraźnie i jestem jej za to wdzięczna. Gdyby wszystkie lekcje mogły tak wyglądać, niestety w polskiej edukacji nie ma miejsca na fantazję, jest tylko klucz!

    • Ja pewnie tez ominęłam na tę chwilę wiele wartościowych książek 😉 Jednak wierzę, że kiedyś uda mi się do nich wrócić i je polubić 😉
      Fajna miałaś polonistkę! Tyle pisania! Aż sobie wyobraziłam, co by powiedziała Twoja polonistka, gdyby przeczytała sen napisany przeze mnie!

  • Dookola Swiata

    Do niektorych lektur trzeba dojrzec.

    • Masz rację – trzeba dojrzeć, tylko często lektury sa tak dobierane, że kompletnie nie pasują do poziomu rozwojego uczniów.

  • Stuprocentowo się zgadzam z tym co napisałaś… nie ma bardziej skutecznego sposobu, żeby obrzydzić ludziom daną książkę, jak zrobić z niej lekturę szkolną. Raz że przymuszanie, dwa że te książki są tak patroszone na lekcjach, że zupełnie nie można się nimi cieszyć. Mnie to się kojarzy z różnicą między oglądaniem żab w przyrodzie a sekcją zwłok żaby. I jeszcze ten odgórnie narzucany sposób interpretacji. Gdybym była autorką jakiejś książki i trafiłaby ona do kanonu lektur to chyba bym się pocięła. Później ludzie kojarzą czytanie tej książki z poczuciem obowiązku, traktują to jak jakieś przykre zadanie do odwalenia. Ale zresztą tak jest ze wszystkim, do czego jesteśmy przymuszani. Eksperymentalne szkoły dowodzą, że jeżeli zniknie przymus i ocenianie, a w zamian okaże się zaufanie, to dzieci chętnie zgłębiają wiedzę i to w zaskakujących dziedzinach, nawet matematykę mogą pokochać, byleby same o tym zdecydowały. Wyrastają też na bardziej kompetentnych, pewniejszych siebie ludzi. Ale to oznacza, że potrzebujemy takiej reformy, jakiej nawet całe pokolenia kształconych pod linijkę ludzi nie będą potrafiły sobie wyobrazić…

    • „Eksperymentalne szkoły dowodzą, że jeżeli zniknie przymus i ocenianie, a w zamian okaże się zaufanie, to dzieci chętnie zgłębiają wiedzę” – oj tak, dokładnie!
      Zgadzam się z Twoim komentarzem w 100%, pięknie to ujęłaś!

  • Wg mnie bezpośrednią rolą lektur nie jest szerzenie czytelnictwa, ale przedstawienie historii literatury i mnogości gatunków literackich, przedstawienie specyfiki epoki, nauczenie młodego czytelnika, że czytając książki, czy wiersze możemy się bawić w szukanie ukrytych znaczeń. Nie wszystkie lektury mi się podobały. Ba! Większość mi się nie podobała. Ale w końcu znalazłam coś dla siebie. W końcu jeśli czegoś nie spróbujesz to skąd możesz wiedzieć, czy Ci się to podoba?

    • Przedstawienie historii literatury, gatunków literackich i specyfiki epoki jest omawiane już osobno w podręczniku – u mnie każdna nowa epoka zaczynała się tym, że pani kazała nam otworzyć podręcznik na wstąpie do danej epoki i sobie to „opracować”, czyt. przepisać około połowę tego. Moje notatki z tego opracowywania często zajmowały tak z 9/10 stron, więc przy tym przepisywaniu trochę wiedzy wleciało 😉 Z kolei przy omawianiu lektury – niekoniecznie.
      Bawienie się w szukanie ukrytych znaczeń? Jasne, bardzo chętnie! Jednak ja lubię sama znaleźć te znaczenia, a podczas omawiania lekur często są one podane na tacy.
      „W końcu jeśli czegoś nie spróbujesz to skąd możesz wiedzieć, czy Ci się to podoba?” – i tu się zgadzam 🙂

      • Widać wiele zależy od programu i nauczyciela. Ja jestem z tych dinozaurów co kończyły 8 klas podstawówki – wtedy program i podręczniki były inne.

  • W podstawówce lubiłam dość dużo lektur: „Pinokio”, „Ten obcy”, „Lew, Czarownica i stara szafa” i „Szatan z siódmej klasy” (te spodobały mi się gdy przestały być obowiązkowe), „Przygody Tomka Sawyera” (więcej nie pamiętam).

    W gimnazjum byłam jedną z nielicznych, które czytały lektury i najbardziej polubiłam „Kamienie na szaniec” I przy okazji uważam, że lekturę taką jak, np.: „Mały Książę” powinno dać się w trzeciej gimnazjum lub dopiero w liceum, a nie w pierwszej(?) gimnazjum. Prawdopodobnie nikt albo bardzo mało osób zrozumiało sens tej książki (a chyba, nie o to chodziło).

    A w liceum może i jakaś książka by mnie zaciekawiła na dłużej, gdyby nie to, że lekcje mnie zniechęciły (jak na razie do zdania matury).
    _________________________________________________________
    Zgadzam się, szczególnie gdy widzę mojego 7-letniego brata ciotecznego, który ma przeczytać lekturę (około 500 stron), np.: przez święta (według mnie ogólnie zadawanie czegoś na święta jest głupie lub zapisywanie np.: trudnego sprawdzianu po świętach (przecież w święta czas spędza się z rodziną, a nie przy książkach)).

    • Pinokio i Ten Obcy tez było całkiem fajne 😉 „Lew, Czrownica i Stara szafa” nie była moja lekturą, tak samo jak „Szatan z siódmej klasy” – obie te książki przeczytałam, bo opis mnie zaciekawił i bardzo polubiłam!

      Uważam, że „Małego Księcia” zdecydowanie powinno się przenieść wyżej, najlepiej chyba do pierwszej klasy w liceum. Bo w pierwszej klasie gimnazjum jeszcze niewiele rozumiemy z tej książki, w trzeciej już na pewno więcej osób by do niej dojrzałało, ale dla pewności przeniosłabym jeszcze wyżej. No i zakładam, że część osób na pewno przeczytałaby to wcześniej 😉

      W liceum jest całkiem sporo pracy 😉 Tak więc, jak nauczycielka zadaje Ci do przeczytania na za tydzień lekturę na 500 stron, a Ty masz w tym tygodniu jeszcze 3 sprawdziany i parę kartkówek, a do tego chcesz mieć jakieś życie towarzyskie to jest mały problem 😉

      Co do siedzenia w książkach podczas Świąt, to ja bardzo lubię wtedy sobie coś poczytać 😉 Pisałam o tym tutaj: http://headdivided.pl/ksiazki-na-zimowe-wieczory/
      Jednak jest różnica między czytaniem w Święta swojej ksiażki, a lektury zadanej do szkoły. To pierwsze jest przyjemnością, a to drugie traktuję jako obowiązek, moją pracę do wykonania. A przecież nikt nie chce pracować w Święta, prawda 😉

  • Zgadzam się z tobą w stu procentach. Nie znosiłam lektur, a jak któraś mi się spodobała, to nie miałam czasu doczytać jej do końca, a na lekcjach powiedzieli, jak się kończy. Tak rujnowana była moja motywacja do czytania. W sumie teraz na studiach nie jest lepiej. Tylko wydaje mi się, że to nie o to chodzi, żeby dzieci czytały więcej, tylko żeby poznały klasyki polskiej literatury, jej historię, ważne fakty i motywy. To takie trochę upolitycznienie książek i drobna nadinterpretacja w wielu przypadkach. Poza tym w szkole uczą pod maturę. Młodzież ma się mieścić w standardowym szablonie, a nie wykazywać się inteligencją oraz kreatywnością. Ja w szablonie się zwykle nie mieściłam, dlatego wyniki z polskiego miałam takie sobie. Co innego jak trzeba było napisać własne opowiadanie czy kontynuację książki. Wtedy się okazywało, że jednak taka całkiem beznadziejna to nie jestem. Niestety, szkoła czasami bardziej szkodzi niż uczy. Przykre, ale prawdziwe.

  • A mnie się wydaje, że do lektur i czytania trzeba po prostu dojrzeć. Ja tak przynajmniej miałam i większość lektur (nawet tych przeczytanych wcześniej w ramach lekcji) przeczytałam i zrozumiałam dopiero po jakimś czasie 😉

    • Masz rację, że do lektur trzeba dojrzeć, tylko problem polega na tym, że jak już dojrzejemy do nich, to przeważnie jesteśmy już dorosłymi ludźmi i czytamy je bo chcemy, a nie bo ktoś nam to narzucił 😉 W chwili kiedy jakaś lektura jest kompletnie niedostosowana do poziomu uczniów, to oni czytając ją czują zniechęcenie i wydaje mi się, że nieprędko po nią sięgną 😉 Ja mam nadzieję, że kiedyś przeczytam je ponownie i nawet polubię 😉

  • Karolina G.

    Niektóre lektury zachęcają do czytania, inne w ogóle! O ile pochłaniałam różne książki ze szkolnej biblioteki, to gdy musiałam czytać coś obowiązkowego, często jeżył mi się włos na głowie. Wiele lektur jest właśnie niedopasowanych do wieku, etapu naszego życia, a w przez to wiele uczniów zraża się do czytania…

  • Niestety tak to wygląda, że jak się kogoś zmusza to efekt jest odwrotny. Ja dopiero teraz, po latach sięgam po lektury. Wydaje mi się, że kilka lat temu byłam zbyt niedojrzała 😉

    • Też tak myślę 🙂 Ja jeszcze jestem na etapie tej niedojrzałości 🙂

  • MultiKulturowy

    Lektury szkolne oraz sposób w jaki wyglądały lekcje, na których jest omawialiśmy skutecznie obrzydziły mi czytanie książek. Moja fobia trwała bardzo długo i dopiero praca w bibliotece sprawiła, że moja miłość do książek powróciła i teraz chłonę je w hurtowych ilościach 🙂

    A Twój pomysł na zmianę omawiania lektur w szkołach jak najbardziej popieram. Taki system funkcjonuje z powodzeniem w takich krajach jak Nowa Zelandia, więc dlaczego by nie wprowadzić go u nas? 🙂

    • Nie dziwię się, że te lekcje obrzydziły Ci czytanie 😉
      Dziękuję!
      Nawet nie wiedziałam, że tak jest w Nowej Zelandii, muszę o tym koniecznie więcej poczytać!

  • Lektury to chyba jeden z najgorszych wymysłów. Znaczy forma ich „podawania”. Naprawdę jakie znaczenie miał kolor zasłon czy to czy bohater siedział pod wierzbą czy pod brzozą. Zapamiętywanie tak bezsensownych rzeczy zamiast powodować radość z czytania, tylko zniechęcało. Lektury wiecznie wypchane karteczkami i fiszkami, bo przecież na lekcjach będziemy omawiać w co był ubrany Ksiądz Robak z Pana Tadeusza i wiele innych. To służy jedynie zabijaniu jakiejkolwiek literackiej pasji. Powinno być dokładnie tak jak napisałaś. Obowiązek czytania owsem, ale tego, co dzieci same chcą. Może ktoś mądry kiedyś na to wpadnie i zmieni ten dziwny system 🙂

    • Tak, forma ich podawania w ogóle nie zachęca do czytania.
      Odnośnie fiszek i karteczek to u nas wszyscy chcieli dorwać książki z opracowaniem Grega, gdzie z boku było wszystko ładnie opisane, ale potwierdzam – takie czytanie też mnie zniechęcało.
      I jasne, że jak czytam dla siebie to też używam karteczek, ale głównie do ciekawych cytatów, a nie opisu stroju bohatera 🙂
      Też mam nadzieję, że system się zmieni 🙂