Po co nam lektury?

Książki są fajne! Dopóki to nie lektury…

Pamiętacie swoje lektury z podstawówki? Ja tak! Kiedy byłam mała, na dobranoc rodzice często opowiadali mi różne bajki. Czasem nawet wymyślali swoje własne! Gdy w końcu nauczyłam się czytać, podrzucali mi różne tytuły, a ja pochłaniałam je w zawrotnym tempie. Do dziś w mojej mini biblioteczce mam ulubione książka z dzieciństwa –  „Tomka w krainie Kangurów”, „Ronję, córkę zbójnika”, „Tajemniczy Ogród”, cykl o Pippi Pończoszance (ta to była zwariowana!) i Dzieci z Bullerbyn. To ostatnie było hitem — godzinami wyobrażałam sobie, że jestem Lisą i wysyłam wiadomości do przyjaciółek przez skrzynkę na drzewie. Nawet omawianie tego jako lektury nie zniszczyło mojego miłego wrażenia. Niestety, dalej było tylko gorzej.

Nienawidziliście „W pustyni i w puszczy” ? Zdziwię Was, ale ja przeczytałam to chyba na rok wcześniej przed omawianiem! Dlaczego? Bo historia Stasia i Nel bardzo mnie ciekawiła! Tak samo z „Anią z Zielonego Wzgórza” – gdy dostałam tę książkę na Wielkanoc od razu przy stole, wśród wszystkich dorosłych, zaczęłam czytać pierwszą część, a potem kolejną i kolejną. Wkrótce okazało się, że te dwie książki będą lekturami. Na początku się cieszyłam. Nawet bardzo! No bo jak tu nie lubić lekcji, na których omawia się Twoje ulubione książki? Niestety — da się.

Zaczęły się pytania o szczegóły i doszukiwanie ukrytych motywów. Zaczęło się pisanie charakterystyk. Zaczęło się wyszukiwanie opisów przyrody i domu głównego bohatera. Zaczęło się mnóstwo „bzdur”, przez które jakimś cudem te książki nie wydawały się już tak fajne…

Ale to jeszcze nie koniec, o nie!

książki i lektury na kindle

 CZYTANIE PRZYKRYM OBOWIĄZKIEM

Nadal było coraz gorzej. W gimnazjum doszły dramaty, z których nic nie rozumiałam i wiersze, których autorzy pisali, jakby urwali się z Księżyca. A przynajmniej ta trzynasto / czternastoletnia ja miała takie wrażenia.

I nie zrozumcie mnie źle – ja naprawdę wierzę, że większość tych książek jest całkiem wartościowa, tylko niestety niezbyt dobrze dopasowana do naszego wieku i zainteresowań.

W liceum osiągnęłam szczyt — testowałam te lektury, wpierw czytając parę stron streszczenia i gdy kompletnie nie przypadła mi do gustu, to drukowałam opracowania charakterystyki, które przeważnie na sprawdzianie dawały mi więcej, niż gdybym naprawdę przeczytała daną książkę.  I uwaga – na lekcjach często czytaliśmy jakieś fragmenty, czy korzystaliśmy z całych rozdziałów, więc to nie tak, że oceniam te powieści tylko po streszczeniu.

Zraziłam się kompletnie do jakichkolwiek książek opisanych „lektura”. Gdy widzę książkę w dziale „lektury” to czuję, że jest małe prawdopodobieństwo, że po nią sięgnę. Kojarzy mi się z nudą, szczegółowymi testami ze znajomości, przepisywaniem podręcznika i długimi wypracowaniami.

Nasuwa mi się tylko jedno pytanie: Po co mi były te lektury? Po co zmarnowany czas na czytanie streszczeń?

POLUBIĆ KSIĄŻKI?

Przecież to wcale nie sprawiło, że bardziej polubiłam książki, ba! Wręcz sprawiło, że zmalała ilość mojego czasu na czytanie tego, co chcę i skutecznie odrzuciło mnie od niektórych książek, które były po prostu niedostosowane do mojego wieku. Przykład? „Inny Świat” wrzucono tuż przed maturami, kiedy każdy był zajęty ogarnianiem matematyki i czytaniem reszty opracowań. Zdążyliśmy przeczytać z niej jeden rozdział, więc wiem, że jest to książka ciekawa. Kiedyś bardzo chciałabym ją przeczytać.

Ale to zrobię już na moich warunkach – wtedy kiedy chcę i lubię – nie jako lekturę, w której trzeba zaznaczać ważne cytaty i przygotowywać charakterystyki bohaterów. To ma być dla mnie przyjemność, a nie przykry obowiązek, do jak najszybszego skreślenia z „to do list”.

książki i lektury na łóżku

KOCHAM CZYTANIE

Teraz nikt mnie nie zmusza do czytania lektur i od razu czuję się lepiej. W wolnej chwili pochłaniam Cobena (patrz: Harlan Coben – „Sześć lat później”) a dawniej moją ulubioną „autobusową” czytanką były kryminały Agathy Christie. W Święta często sięgam po Evansa, który pomaga mi docenić to, co mam. Od czasu do czasu zaglądam do powieści typu „Young Adult” np. Igrzysk Śmierci, czy też romansów, a niedawno wykorzystałam autobus, żeby przeczytać „Magię Słów”, którą gorąco polecam.

PO CO NAM LEKTURY?

Żeby zachęcić dzieci i młodzież do czytania? No chyba nie! Jak ktoś wierzy, że lektury sprawią, że podniesie nam się poziom czytelnictwa wśród dzieci, to się myli. Mnie to tylko zniechęciło i jak patrzę na 99% moich byłych klas, to mam wrażenie, że nie jestem jedyna.

BEZ OGRANICZEŃ

Jak podnieść poziom czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży w Polsce? Dajcie im wolną rękę i pozwólcie czytać, to co chcą. W szkołach  wystarczy uzgodnić, że zaliczeniem będzie przeczytanie dowolnych 6 książek na rok szkolny. Potem o każdej z nich trzeba coś  napisać — czego się z niej nauczyli, co im się w niej podobało, co nie, w jaki sposób zmieniliby akcję, z którym bohaterem się utożsamiają. Można nawet napisać własne opowiadanie na motywach danej książki! Pozwólcie popuścić  wodze fantazji!

Moim zdaniem, to dałoby lepsze efekty, niż narzucanie czytania książek sprzed paru wieków i wmawiania dzieciom, że „Słowacki wielkim poetą był”. Niech się przekonają o tym z własnej woli, bo chcą.

Chcą, nie muszą.


Zgadzacie się z moimi odczuciami? Czy to tylko mi się wydaje, że zmuszanie do czytania powoduje bunt, bo lubię być niezależna i robić co, bo chcę, a nie być zmuszaną? Macie jakie ulubione lektury, a może jak ja ich nie znosiliście?  Czy może to tylko ja trafiałam na takich polonistów, którzy tak  bardzo zniechęcili mnie do lektur?