dam rady

Nie dam rady!

Ostatnio poniedziałki nie są dla mnie dobrymi dniami. I wbrew powszechnemu przekonaniu – wcale nie dlatego, że to koniec weekendu i trzeba znów brać się do roboty, o nie! Moją zmorą jest inna rzecz, mianowicie…matematyka!

Tak, wiem, że nie jestem z tym odosobniona, bo z tego co słyszałam, to ona wielu osobom śni się po nocach. Jednak mnie takie sytuacje zdarzają się pierwszy raz, mam wrażenie, że nie dam rady i kompletnie nie wiem jak sobie z tym poradzić.

NA CZYM POLEGA MÓJ PROBLEM?

Nie rozumiem z wykładu kompletnie nic! I mówiąc „kompletnie nic” mam dokładnie to na myśli, wcale nie przesadzam. Gdy równo o 8:00 w poniedziałki wchodzę do Sali i zerkam na slajdy prezentacji, mam wrażenie, że to jest napisane w jakiś innym języku! I tak, wiem – język jest matematyczny, ale jednak jakieś fragmenty chociaż powinny być polskie, znajome, prawda? Tym bardziej, że w liceum sobie jakoś jeszcze dawałam radę z matematyką i jednak, jak sama przysiadłam nad zeszytem, to jednak większość rozumiałam. A tutaj… pustka.

Siadam, otwieram zeszyt, przeglądam notatki i przykłady i nic! Równie dobrze dałoby się te rzeczy napisać hieroglifami – tyle samo bym zrozumiała! I znów w mojej głowie pojawia się „nie dam rady”

Podobny problem mam z nauką jazdy: niezależnie od tego jak bardzo się staram, zawsze mi coś nie wyjdzie. Jak dobrze ruszę, to źle się zatrzymam (za późno, za wcześnie), gdy włączę dobre światła, to źle zaparkuję itd. Jak ostatnio udało mi się w końcu poprawnie zrobić łuk, to po powrocie do domu miałam ochotę odtańczyć jakiś dziki taniec szczęścia!

To tylko dwie sytuacje, ale w każdej zadaję sobie pytanie: Co będzie jak nie dam rady? Co się stanie jeśli obleję matmę? Co jeśli nie zdobędę prawka?  I tak się potrafię zamęczać pół dnia, nawet dziś gdzieś z tyłu to słyszę.

dam rady

NIC SIĘ NIE STANIE

Nie dam rady? Wylecę? Obleję prawko? Cóż, mówi się trudno i idzie się dalej.  Mój świat się przez to nie zawali. Oczywiście będę się starała pokonać te wewnętrze potwory. I tak, potwory – bo tak naprawdę problem nie leży w matmie i prawku, ale w moim myśleniu.  W pewien sposób narzuciłam sobie perfekcjonizm, wmówiłam sobie, że na pewno dam radę ze wszystkim za co się biorę, za wszelką cenę!  Jednak dziś, kiedy w końcu udało mi się po całym dniu usiąść do obiadu o 21 i w końcu odetchnąć, uświadomiłam sobie, że:

NIE TĘDY DROGA

Bo jeśli sobie nie poradzę, to muszę to po prostu potraktować nie jako porażkę, ale jako znak, taki drogowskaz z napisem „Szczęście – skręć w prawo”.  Tak zrobię – skręcę w boczną dróżkę, zamiast bezsensownego  pakowania się w korek na głównej.

Prędzej czy później i tak będę musiała zawrócić.

PS.1 Trochę tu prywaty, jednak wiecie co? Potrzebowałam tego. Potrzebowałam w końcu wyrzucić z głowy to „nie dam rady” i prześladujące pytania.

PS2 Ten wpis zasponsorował mój prysznic – bo przecież nie ma to jak orzeźwiająca kąpiel po tureckim kazaniu, czyt. wykładach z matmy.