Indeks tradycyjny vs. elektroniczny - z pamiętnika studenta

Z pamiętnika studenta #2 – indeks tradycyjny vs. elektroniczny

Chyba już większość uczelni w Polsce pozbyła się wynalazku zwanego „tradycyjny indeks” i posiada tylko ten elektroniczny. Jednak na moim uniwersytecie stwierdzono, że tradycyjny indeks to przecież taka fajna tradycja! Tym sposobem mamy dwa  – zarówno papierowy, jak i wirtualny.

Jako, że wcześniej studiowałam na uczelni, gdzie funkcjonowały tylko i wyłącznie elektroniczne indeksy, a teraz przerzuciłam się też na tradycyjne, to mam porównanie jak to wygląda. Dziś trochę o tym pomarudzę.

CO TO W OGÓLE JEST INDEKS?

Wszystkim niezorientowanym wyjaśnię jeszcze że indeks to taki dzienniczek z ocenami. Trzeba do niego wpisać wszystkie przedmioty, wraz z wykładowcami je prowadzącymi. Pod koniec semestru oni wpisują nam uzyskaną ocenę wraz ze swoim podpisem, żeby przypadkiem ktoś sobie oceny nie wpisał sam. I tyle – takie to proste! Jednak zachodu – mnóstwo!

MNÓSTWO CZASU NA NIC

Cenię swój czas. Co prawda nie mówię, że czas to pieniądz, ale zawsze jednak te mogłabym przeznaczyć na coś bardziej produktywnego np. oglądanie seriali lub czytanie książek. Nie pogniewałabym się też za więcej godzin snu i odpoczynku tuż przed sesją!

Tymczasem już samo uzupełnienie indeksu według wzoru trwa u mnie około 2h ( z racji 2 indeksów). Ale te 2h to i tak pikuś przy czasie, jaki trzeba poświęcić na zdobycie wpisu pod koniec semestru od różnych wykładowców.

WYKŁADOWCA PILNIE POSZUKIWANY

Na tę chwilę moim rekordem jest czekanie niecałe 4h na wpis od JEDNEGO profesora. I ktoś powie, że przecież mogłam zostawić koleżance indeks i sama byłabym bogatsza o ten czas. I jasne, to świetny pomysł – tylko raz, że wtedy koleżanka musi czekać, a dwa, że czasem łapią mnie komplikacje dwukierunkowe i przy wpisie po prostu muszę być.

Tym razem inny prowadzący pomylił się przy wpisywaniu mi innej oceny. Trochę przy tym pokreślił, co oznacza, że część przedmiotu mam w środku indeksu, drugą część – na końcu. Dodatkowo, potrzebowałam jeszcze przepisania jednej z ocen.  Tak więc, jeśli profesor źle wpisałby ocenę, to lepiej byłoby być na miejscu i od razu to odkręcać, niż potem się umawiać na kolejne terminy i marnować kolejne godziny.

A warto wspomnieć, że są wykładowcy, którzy mają zajęcia tylko w jednym dniu tygodnia, najczęściej w określonych godzinach. Jeśli wtedy jeszcze musisz gonić za wpisami to jesteś w bardzo czarnym miejscu. Przez to kiedyś zdarzyło mi się oddawać indeks dosłownie w ostatnim możliwym terminie, bo przez całą sesję nie udało mi się złapać prowadzącego. Co więcej, po przerwie międzysemestralnej ta osoba jeszcze zachorowała i odwoływano z nią zajęcia.

Jednak ja mam przynajmniej tego farta, że mieszkam w akademiku, więc zawsze mogę specjalnie na uczelnię przyjść – gorzej z osobami, które dziennie dojeżdżają na zajęcia i czasem muszą specjalnie jechać np. godzinę tylko po to, by uzyskać jeden wpis.

TYLKO NIE ZGUB!

Oprócz niepotrzebnego marnowania czasu, indeks tradycyjny ma też bardziej przyziemne wady. Raz, że to kolejna rzecz do noszenia w torebce, a dwa, że trzeba go pilnować jak oka w głowie, bo jak zgubisz to mogiła. No dobra, może nie dla wszystkich aż tak tragicznie to wygląda, ale dla mnie perspektywa ponownego gonienia za wykładowcami z którymi miałam zajęcia przez ostatnie 2 lata to zdecydowanie masakra.

INDEKS ELEKTRONICZNY – IDEALNY?

Jednak trzeba przyznać, że elektroniczny indeks ma jedną ogromną wadę – mogą być z nim błędy. Nie wiem czy to wina nieczytelnego systemu, czy też wykładowców, ale na mojej obecnej uczelni już nieraz zdarzały mi się rozbieżności w ocenach.  W takiej sytuacji, mając indeks tradycyjny nie muszę się niczym przejmować. Wtedy oddaję go do dziekanatu, oni sprawdzają zgodność z wirtualnym i jak są jakieś błędy, to wprowadzają poprawki. Tymczasem mając tylko indeks elektroniczny, pewnie trzeba pisać do wykładowców maila i to wyjaśniać, choć nadal da się to zrobić siedząc w domu w piżamie.

TROCHĘ SENTYMENTÓW

Niestety, elektroniczny indeks nie jest taki piękny, jak jego  papierowy poprzednik – nie schowasz go do szuflady (no chyba, że w postaci wydrukowanych kartek) i nie pochwalisz się babci. Ale sentyment sentymentem – ładnie to wszystko wygląda i pewnie później fajnie jest znaleźć taki indeks zakopany w szufladzie na pamiątkę. Jednak czy zmarnowanie takiej ilości czasu jest tego warte?

INDEKS – ROZWIĄZANIE IDEALNE

Poza tym, czy – za dodatkową opłatą i dla chętnych – nie dałoby się na zakończenie studiów wydrukować wykazu ocen z wszystkich przedmiotów i oprawić go w formie tradycyjnego indeksu?  Wtedy mamy i fajna pamiątkę i więcej czasu.  A przecież te wszystkie seriale w sesji się same nie obejrzą, prawda?