postanowiłam rzucić studia - książka

O tym, jak postanowiłam rzucić studia

Jeszcze niedawno w zakładce „o mnie” można było znaleźć informację, że jestem studentką I roku ekonomii. Prawdę mówiąc,  zmieniło się to już w czerwcu 2016 roku, kiedy zdecydowałam się rzucić studia.

Jeśli i Ty zastanawiasz się nad zrezygnowaniem ze studiów – zajrzyj tutaj: Rzucenie studiów – kilka przemyśleń (KLIK!)

BĘDZIE DOBRZE, BĘDZIE DOBRZE

Pamiętam ten czas trochę jak przez mgłę. Na początku byłam bardzo podekscytowana nowym etapem edukacji, cieszyłam się ze zdania matury i miałam nadzieję, że odnajdę się na ekonomii.  Później – gdy nadszedł czas pierwszych ćwiczeń i wykładów- mój entuzjazm powoli opadał. Na wykładach nudziłam się niemiłosiernie, ciężko mi było znaleźć w nich cokolwiek ciekawego. O trudnościach z niektórymi przedmiotami pisałam już tutaj – nie dam rady – i wychodzi, że tak naprawdę jedynymi zajęciami, które mi się podobały był język angielski i włoski.

Te przedmioty miały tę zaletę, że były prowadzone przez dobrych lektorów, bo przykładowo pani z angielskiego puszczała nam przemowę Steve’a Jobsa, czy też robiła z nami Marshmallow Challenge. Jednak tutaj dużą wadą były dojazdy.  Na 3h zajęć musiałam dojeżdżać (w dwie strony busem + dojście na przystanek + czekanie na busa) kolejne 3h. W inne dni było jeszcze gorzej, po przy większej ilości zajęć i tak musiałam dojeżdżać 3h. Biorąc pod uwagę, że studia niezbyt mnie interesowały, to jedyną myślą po dniu na uczelni było „Chcę rzucić studia!”.

MAM DOŚĆ STUDIÓW

Niestety,  poza angielskim i włoskim, to każdy kolejny dzień na uczelni był dla mnie katorgą. Wszystko przez przedmioty, które co prawda brzmiały bardzo fajnie, ale w praktyce okazały się być dla mnie porażką. Oczywiście byli też tacy, którym się podobało i na nich patrzyłam trochę z zazdrością. Chciałam, żeby i mi się to tak podobało, żeby tak samo mi wychodziło, jednocześnie nie mogąc się przemóc by sięgnąć do książek.

NIE CHODZĘ NA WYKŁADY

W listopadzie przestałam chodzić na jakiekolwiek wykłady, ograniczając się tylko do obowiązkowych ćwiczeń. Dodatkowo, ludzie obecni na wykładzie wrzucali zdjęcia slajdów na naszą grupę. Wychodziłam z założenia, że skoro i tak wszystko co mówią jest na slajdach i mam to bez wychodzenia z domu, to po co mam marnować czas na dojazdy tam?

PONIEDZIAŁKI, SESJA, KOLEJNE WAHANIA

Pamiętam, że najgorsze były poniedziałki. Musiałam wtedy siedzieć na uczelni od 8 do 16:30, a już w niedzielę wieczorem na samą myśl o tym bolał mnie brzuch. Często wtedy myślałam, żeby rzucić studia, ale z drugiej strony nie miałam innej alternatywy powiązanej z dalszą nauką, więc się bałam.  Potem nadeszła sesja, którą o dziwo zdałam w pierwszych terminach ( co prawda na samych 3, ale i tak się liczy!) i jakoś tak wyszło, że zostałam.

W kolejnym semestrze nadal wahałam się czy rzucić studia, czy też nie. Mimo to, odpuszczałam sobie wykłady, ograniczając uczelnię do minimum. Były nawet wykłady na których nie zjawiłam się ani razu. Wtedy zapewne prowadzącego zobaczyłabym dopiero na egzaminie.

Jedyną dobrą rzeczą były książki, wypożyczane w pobliskiej bibliotece. Miałam nawet taki swój mały rytuał, że w piątek po zajęciach często szłam do biblioteki i wypożyczałam kilka książek na kolejny tydzień. Potem siedziałam tam ze dwie godzinki pisząc posty i popijając gorącą czekoladę lub kawę. W pewien sposób było to widać na blogu. W tym czasie pojawiło się tu dużo postów inspirowanych właśnie książkami  biblioteki jak np. 4 książki o Korei Północnej, Świat bez kolorów i miłości, Czarne Skrzydła.

WOLONTARIAT W PRZEDSZKOLU

Jednocześnie coraz bardziej nie wiedziałam co robić i wtedy ówcześnie bliski znajomy doradził, żebym poszła na wolontariat do przedszkola. Odwiedził ze mną nawet dyrektorkę pobliskiego przedszkola, by zapytać się, czy mogłabym tam przychodzić w ramach wolontariatu.

Pamiętam swój pierwszy dzień w przedszkolu , gdy pomagałam w grupie Rybek. Na początku czułam się nieco onieśmielona, ale nauczycielki wszystko cierpliwie mi wyjaśniały, pokazywały co i jak itd. Podobała mi się opieka nad dziećmi, cieszyłam się gdy kilkoro zasnęło dzięki mojemu głaskaniu i gdy patrzyłam na panią prowadzącą zajęcia, to czułam podziw, że umie tak dobrze zapanować nad grupą i w ciekawy sposób przekazać wiadomości. W głowie pojawiło mi się „też tak chcę!”. Gdy po całym dniu wychodziłam z przedszkola, czułam się jednocześnie zmęczona i naładowana. Zmęczona – bo jednak każda praca w jakiś sposób męczy, a naładowana bo atmosfera przedszkolna dała mi dużo psychicznej pozytywnej energii. Tego dnia chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu w moim tunelu zamigotało światełko.

W następnych tygodniach znów pojawiałam się w wolny dzień tygodnia w przedszkolu. Pomagałam tam w różnych grupach w wiekowych, chcąc zobaczyć specyfikę pracy wszędzie.  Przez różne wydarzenia coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to coś dla mnie. Wówczas myśl, by rzucić studia coraz bardziej dojrzewała w mojej głowie.

POSTANAWIAM RZUCIĆ STUDIA

Takim przełomem było kolokwium z analizy ekonomicznej. Nie dość, że nie lubiłam wykładowcy z tego przedmiotu, to jeszcze trzeba było przyswoić kilkanaście wzorów do rozwiązania zadania. Nie nauczyłam się na to totalnie nic, jedynie co powtórzyłam w busie, a potem siedząc z koleżankami przed klasą. Weszłam po wyniki i usłyszałam, że nie zdałam. Dowiedziałam się też, że poprawa za tydzień i już pojawiła się myśl, by rzucić studia. Zadzwoniłam wtedy załamana i smutna do rodziców. Nie pamiętam jak to było dokładnie, ale wiem, że tata tak samo zasugerował mi, że mam sobie z tym dać spokój. Wielki kamień spadł mi z serca i wreszcie wróciłam szczęśliwa do domu. Nareszcie byłam pewna, że chcę rzucić studia.

ZREZYGNOWAŁAM ZE STUDIÓW I CO DALEJ?

Wkrótce zapisałam się na inne kierunki – chyba każdy domyśla się jakie. Spędziłam też dwa tygodnie w domu z powodu choroby i część czerwca, sierpnia i października spędziłam na dalszym wolontariacie w przedszkolu. To ostatecznie utwierdziło mnie w poczuciu, że rzucenie studiów było dobrym wyborem. Od tego czasu moja noga w progach tej uczelni stanęła  dwa razy (w czerwcu przy wypisywaniu się ze studiów i w październiku przy braniu karty ocen) i liczę, że więcej się to nie zdarzy.

A morał z tej bajki jest krótki i niektórym znany – jak nienawidzimy studiów, to je zmieniamy.