Widzieć muzykę #5 – Wspomnienia z gwiazd

Ostatni post z serii: „Widzieć muzykę” był zdecydowanie zbyt dawno temu, dlatego uznałam, że najwyższy czas to nadrobić! Na pewno się za tym stęskniliście, więc na dziś mam dla Was parę wspomnień z gwiazd.

Tak więc teraz szybciutko zróbcie sobie kawy, rozsiądźcie się wygodnie, włączcie poniższą muzykę i … zapraszam do mojego świata!

Dla niewtajemniczonych:

„Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale gdy ja słucham muzyki klasycznej (bardzo, bardzo upraszczając, mam na myśli muzykę bez słów),  często oczami wyobraźni widzę różne historie, zdarzenia. Zamykam oczy i przenoszę się do zupełnie innego świata. Dziś chciałabym Was tam zabrać ze mną”

Już zapadła noc i wszyscy pogrążyli się w głębokim śnie. Wszyscy, tylko nie ja. Co jednocześnie chyba oznacza, że jestem dziwna, bo który normalny człowiek, wiedząc, że musi wstać o piątej rano do pracy, siedziałby jeszcze o pierwszej z mocną kawą w ręce? I to nie np. na łóżku, czy przy stole w salonie, ale NA OKNIE?

Jednak, ja po prostu nie mogłam sobie tego odmówić! Gdy mieszkałam jeszcze w domu, często wychodziłam na dach nocami. Uwielbiałam kłaść się tam na kocu i patrzeć w ciemne niebo, rozświetlane tu i ówdzie maleńkimi gwiazdami. Zawsze wyobrażałam sobie, że jeden z tych błysków to moja gwiazdka z nieba, spełniająca trzy życzenia.

Cóż, w bloku nie jest to już możliwe, ale i tak staram się odzyskać choć namiastkę tego uczucia, siadając na parapecie okiennym. Nadal wymyślam tam kolejne marzenia, tworzę fantastyczne historie, rozwiązuję problemy, a w chwilach smutku płaczę.

A skoro mowa już o smutku, to dziś jest właśnie taki dzień. Dzień, w którym patrząc w gwiazdy, wspominam przeszłość, a po mojej twarzy powoli spływają łzy. Na początku próbuję je powstrzymać, ale potem już nie daję rady. Zresztą widzę, że to bezcelowe – przecież płacząc wyrzucam z siebie złe emocje, pomagam sobie, więc czemu mam się powstrzymywać?

Wypijam kolejny łyk kawy, a potem znów wracam do moich wspomnień, czy raczej wspomnienia tego pierwszego dnia, gdy poznałam moją miłość.

To było lato, dokładnie 23 sierpnia, gdy po raz pierwszy zobaczyłam jego twarz. Pamiętam, że sie wtedy naprawdę wystraszyłam! Bo wiecie, to nie było jakieś strasznie romantyczne spotkanie, w stylu „wpadłam na niego w najwyższych szpilkach, uratował mnie przed upadkiem i zakochaliśmy sie w sobie od pierwszego wrażenia”.

To było raczej … upokarzające. W dużym skrócie – po prostu zadziałało Prawo Murphiego, znane też jako „gdy wyjdziesz z domu w najgorszym stanie, bez makijażu, w tłustych włosach,  piżamie, dwóch innych skarpetkach i rozwalonych butach – na pewno spotkasz kogoś znajomego”.

W mniejszym skrócie: byłam na wakacjach u babci na wsi, gdzie niestety łazienka jest jeszcze na zewnątrz, a trafić na ciepłą wodę – cud. Akurat wtedy miałam wielką ochotę na nutellę, więc przeszłam się w tym celu do sklepu, a potem byłam tak głodna, że zaczęłam ją jeść palcami (wiem, wiem – tak się nie robi). Tylko, że wieś mojej babci to takie zadupie, że nawet główną drogą nie jedzie więcej niż trzy samochody na dzień, a co dopiero na jakieś polnej ścieżce!

Dlatego stwierdziłam, że mogę sobie pozwolić na takie zachowanie, bo przecież i tak nikt mnie nie zobaczy, prawda?  I właśnie wtedy zza zakrętu wyszedł jakiś mężczyzna. Oczywiście gdy tylko mnie zobaczył kąciki jego ust delikatnie się podniosły, nawet z daleka widziałam, że  z całych sił stara się nie parsknąć śmiechem. A co zrobiłam ja? Jak to typowa ja, wrzuciłam szósty bieg w moim piechtolocie i zwiałam, mając nadzieję, że więcej go nie zobaczę!

Jak to przeważnie bywa, dwa tygodnie później wpadłam na niego w moim osiedlowym spożywczaku. Po tygodniu codziennego spotykania się nie mogliśmy już bez siebie żyć i tak oto mija już piąty rok razem.

Dopijam kawę do dna, a wtedy wspomnienie znika. Zostaje tylko smutna rzeczywistość, w której dzielą nas od siebie dokładnie 743 kilometry, a tęsknota za nim sprawia, że ciężko mi normalnie funkcjonować, mimo, że i tak za dwa tygodnie wróci!

Gdy jadę do pracy, mijam pobliskie jezioro i myślę o tym jak miło spędzaliśmy tam razem czas. Gdy robię sobie obiad, cały czas mam w pamięci jego twarz ubrudzoną bitą śmietaną z gofrów. Gdy przechodzę obok pobliskiego placu zabaw, wspominam piknik i jego krzyk, gdy zrzuciłam go z huśtawki. Ba! Nawet gdy piszę coś na laptopie, co chwila pojawia mi się jego przepraszająca mina, gdy przez niego zalałam kawą mój stary laptop!

No i oczywiście najważniejszy skutek tęsknoty, który właśnie mogliście zaobserwować, czyli zamiast spać, przesiaduję nocami na oknie i gapię się w gwiazdy.

Dziś.  Jutro. Pojutrze. Za tydzień. I za dwa.

Ciągle będę patrzeć w niebo i wspominać nasze chwile z gwiazd.


Piosenka się skończyła, więc moja opowieść z gwiazd także. Mam nadzieję, że się Wam spodobało! Piszcie w komentarzach czy lubicie ten utwór oraz podzielcie się tym, co „widzicie” słuchając go!

PS. Opowieść to całkowita fikcja literacka, a wszelkie podobieństwa to przypadek.