O love-hate relationship z pisaniem

Właśnie przeczytałam nowy post Okularnicy o tym, co motywuje ją do pisania. Sama zaczęłam się wówczas zastanawiać się jak u mnie ten mechanizm działa i doszłam do wniosku, że to takie love-hate relationship. I do tego jeszcze jakiś czas temu się popsuło. Ot, jedne śrubki przestały wskakiwać na właściwe miejsce, a inne mocno zardzewiały. I tak cała „produkcja” stanęła i nijak ruszyć jej nie umiem. A próbuję! Tymczasem dalej, nie pisząc nic od marca, do edytora tekstu podchodzę jak pies do jeża, a moja relacja z pisaniem wskoczyła z love-hate relationship na bardziej „nie chcę o tobie myśleć” relationship.

„Trzeba spróbować inaczej, rozpisz sobie to na dużo, dużo mniejsze cele i jakoś pójdzie!” – powiedziałby ktoś. Tylko, że… nie. Nie, gdy masz wrażenie, że to co robisz zupełnie nie ma sensu, a każdy pomysł, który przychodzi do głowy, każdy zbłąkany akapit wydaje się głupi. Do tego w tym czasie akurat do Polski dotarła #korona, z nią lockdown i w pakiecie dużo strachu o wszystko. Potem kampania wyborcza, wybory, próby przyzwyczajenia się do nowej, „maseczkowej” rzeczywistości, przestawienia się na pracę zdalną i pisanie poszło w kąt.

MUSIAŁAM UCIEC STĄD NA JAKIŚ CZAS

Skończyło się tak, że cytując jedną z bardziej popularnych piosenek, które lecą w radio non stop „Musiałam uciec stąd na jakiś czas”. Przestałam pisać zupełnie (zaglądać w statystyki również) i skupiłam się na pracy i studiach. Zamknęłam pisanie niczym Durselyowie Harry’ego Pottera – w komórce pod schodami. Problem w tym, że Harry Potter chciał się stamtąd wydostać, a moje pisanie – średnio. Ot, zamiast tego wyżywałam się twórczo na inne sposoby.

WRÓCIŁAM NIE TAKA SAMA

Dopiero teraz, po przeczytaniu postu Okularnicy o motywacji do pisania, poczułam kolejne ukłucie, taką iskierkę i pomyślałam „a może jeszcze spróbuję?”. Co prawda z pisaniem postów na zapas czy tez pisaniem głównie dla siebie znam się nie od dziś, ale może jeszcze dam temu szansę? W końcu słowa były kiedyś czymś moim, pewnego rodzaju bezpieczną przystanią.  Nie chcę tego porzucać.

LOVE HATE RELATIONSHIP, CZYLI CO KOCHAM W PISANIU

Uwielbiam gierki językowe i to, jak słowami można oddać różne dwuznaczności (to pewnie dlatego hasła Loesje tak do mnie trafiają). Fajne jest też uczucie satysfakcji, tuż po napisaniu nowego tekstu, kiedy wszystkie argumenty i myśli poukładały mi się już w głowie w odpowiednich szufladkach. Kiedy ma się natłok myśli, zwłaszcza w stresie, przelanie tego na papier lub do Worda pozwala na nowo oczyścić głowę i uspokoić się.  No i ta moc wpływania na poglądy innych, być może zainspirowania do działania, wypróbowania czegoś nowego, sprawienia, że ktoś sięgnie po polecaną książkę albo film – to jest coś! Dobrze jest się dzielić fajnymi rzeczami i mieć poczucie, że dzięki temu choć ociupinkę ulepszasz świat.

Do tego dochodzi krystalizowanie się myśli podczas pisania, uświadomienie sobie, co właściwie się czuje, zastanowienie się jak to przekazać w taki sposób, by jak najlepiej oddać clue sprawy. Poza tym, w porównaniu do innych twórczych hobby, pisanie jest… tanie. Do akwarel potrzebujesz grubszego papieru i dobrze napigmentowanych farb. Z kolei do kolaży – gazet, a do montowania filmików – dobrego komputera. Tymczasem do pisania wystarczy sam edytor tekstu, kartka papieru, zwykły notes i długopis. Dzięki pisaniu widać też jak się człowiek zmieniał przez lata, jak ewoluowały jego poglądy lub po prostu – co się działo w danym okresie czasu. Zwłaszcza to ostatnie doceniam codziennie pisząc w 5-years diary i czytając przy okazji wpisy z poprzednich lat.

No i ogółem – tworzenie czegoś z niczego jest przecież super!

LOVE-HATE RELATIONSHIP, CZYLI CZEGO NIENAWIDZĘ NIE LUBIĘ W PISANIU

Nie lubię uczucia niepokoju, gdy odpalam edytor i widzę tę białą, pustą stronę z migającym kursorem, która dopiero czeka na zagospodarowanie. Denerwuję się, gdy zmieniam dane zdanie już pięćdziesiąty raz, a ono nadal nie brzmi dobrze. Przykro mi, gdy napracowałam się nad czymś, a potem wszystko wydaje się beznadziejne. Wydaje mi się, że piszę w sposób bardziej osobisty, więc czasem boję się, że bardzo odsłaniam siebie i ktoś może to wykorzystać.

Martwię się, że może nie jestem jeszcze dość mądra, żeby dzielić się swoimi poglądami i zrobię komuś krzywdę. Chętnie oddałabym komuś to poczucie bycia nie dość dobrą i wewnętrznego chochlika podszeptującego do ucha, że to bez sensu. Do tego dochodzi pustka, czasem brak pomysłów, a innych razem sił. Bo przede wszystkim – pisanie wymaga jednak (u mnie) sporo sił psychicznych i wypoczęcia. Natomiast kiedy jesteś już po pracy, to jednak dużo łatwiej pójść w coś, co zawsze jest proste, łatwe i przyjemne typu spacer, niż składać literki w sensowną całość.

LOVE-HATE RELATIONSHIP Z PISANIEM

I tak to właśnie u mnie wygląda z pisaniem – relacja iście w stylu love-hate relationship. Czasem – gdy wychodzi idealnie  – kocham, a innym razem zadaję sobie pytanie po co ja w ogóle to robię? Czy kogokolwiek to interesuje? Może po prostu marnuję czas, działając aktywnie, zamiast po prostu oglądać ciekawe seriale albo czytać fajne książki? Cóż, nie wiem czy warto. Ale znów spróbuję.