wegetuję jak ameba i inne pantofelki - zamek w Mirowie na Jurze

Dziś wegetuję. Jak ameba i inne pantofelki

Czasem budzę się rano z uśmiechem na ustach. Leniwie zwlekam się z łóżka i wyglądam za okno, a gdy pokaże się trochę słoneczka, to jestem jeszcze radośniejsza. Potem wołam „dzień dobry” do współlokatorek, dziwiąc je moim dobrym nastrojem, wcinam coś na szybko, ogarniam się i już trzeba pędzić na uczelnię.

PRODUKTYWNOŚĆ, PRODUKTYWNOŚĆ I JESZCZE RAZ PRODUKTYWNOŚĆ

Kiedy mam dobry dzień, naprawdę cieszę się, że dowiem się czegoś fajnego, a nuż mnie to jakoś zainspiruje? Wtedy żadna prezentacja (i chyba nawet wykładowca) mi niestraszny. Jak jeszcze włożę jakąś śliczną sukienkę, to  z tym dobrym humorem mogę góry przenosić!  Mimo zmęczenia jestem w stanie wymyślić kilka pomysłów na posty, coś napisać, poczytać książkę, nadrobić uczelniane zaległości – krótko mówiąc – produktywność level hard.

DZIŚ WEGETUJĘ

Jednak czasem zdarzają się też takie dni jak dzisiaj. Gdy przez mało snu jestem nieprzytomna. Gdy mimo ciągłego podjadania, jestem non stop głodna. Gdy wyłączam się na wykładach , „zaszczycając” prowadzącego jedynie obecność fizyczną, a myślami błądząc gdzieś daleko. Gdy wszystko idzie nie tak, jak sobie to zaplanowałam, a kolejne rzeczy do zrobienia nawarstwiają się w tempie, którego nawet Kubica by się nie powstydził. Błogosławię akademik, czy raczej moje łóżko w nim i  w przerwie ucinam sobie krótką drzemkę, licząc, że potem będzie lepiej. Jednak słysząc dźwięk budzika,  coraz bardziej mam ochotę zakopać się pod kołdrą jak przedszkolak. I udać, że potwory spod łóżka mnie zjadły.

RUSZ SIĘ WRESZCIE!

Ale nie, nie mogę. Chcę być przecież „odpowiedzialnym dorosłym”. Wiem, że dalsze leniuchowanie spowoduje zaległości i tym sposobem ilość rzeczy na „to-do liście” wzrośnie z prędkością światła. Więc zwlekam się z tego łóżka i nakładam maskę, zastanawiając się jednocześnie nad emigracją do gwiazd. Może schowałabym się na którejś i uciekłabym obowiązkom? Jednak nie, tak się nie da.

WALCZĘ, ALE JEDNAK WEGETUJĘ

Wracam do domu, licząc, że może choć napiszę posta – w końcu na pulpicie już czeka tyle pomysłów do dokończenia! „Ha, ha, ha” – zaśmiały się znów potwory spod łóżka – „nie dziś, kochana”. I tym sposobem tak sobie leżę na łóżku już od kilku godzin. Z  jednej strony powtarzam sobie „muszę się uczyć”, „muszę to zrobić”, „trzeba tu posprzątać”, „no weź się ogarnij”. Natomiast z drugiej  – nadal nie mam na nic siły i wegetuję sobie jak jakaś ameba, czy inne pantofelki, czując z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia.

Bo przecież nie, nie mogę sobie pozwolić na słabość. Nie, muszę pracować, choć totalnie nie czuję się nie siłach. W końcu beze mnie świat się zawali!

DZIŚ WEGETUJĘ. JAK AMEBA I INNE PANTOFELKI

I znowu pudło. Bo dni, gdy wegetuję jak ameba, są zupełnie normalne. I ma je każdy, tyko rzadko się o tym mówi – to tylko ja narzuciłam sobie wyrzuty sumienia z powodu słabszego dnia. A przecież nie muszę być zawsze najlepsza. Nie muszę być zawsze na 100% i czuć wyrzutów sumienia, gdy plan nie zostaje zrealizowany. Minimum minimum jest? Jest! No to hop do łóżka, z czymś co sprawi mi przyjemność, a  wyrzuty sumienia  z  powodu niskiej produktywności, niech uczą się latać za oknem.

Jak już będą pięknie fruwać, to mogą sobie odfrunąć z bocianami do ciepłych krajów – ja za nimi tęsknić nie będę.