zachwyt - kiedy przestalismy zachwycać się życiem

Kiedy przestaliśmy zachwycać się życiem?

Już jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka Andre Stern’a „I nigdy nie chodziłem do szkoły.” I oprócz tego, że sama idea niechodzenia do szkoły mnie zaciekawiła, to do myślenia dały mi jeszcze inne słowa, przytoczone przez neurobiologa Geralada Huntera, mianowicie:

„Każdy mały przepływ zachwytu prowadzi w pewnym sensie do powstania w mózgu swoistego autodopingu. W ten sposób produkowane są substancje wykorzystywane do wszystkich procesów rozwoju i przebudowy sieci neuronowych. Jest to nad wyraz proste: mózg rozwija się w zależności od tego, co i w jaki sposób stymuluje jego zachwyt.”

I właśnie o tym zachwycie chciałabym dziś pogadać. Bo z tego, co pisze naukowiec, wychodzi, że głównym motorem napędowym uczenia i rozwoju jest właśnie zachwyt. Tak, ten zachwyt, którego w naszym życiu często jest tak mało.

GDZIE ZGUBILIŚMY ZACHWYT?

Jako maluch, zachwycasz się kilkadziesiąt razy dziennie. Fascynuje cię dosłownie wszystko – od szminki mamy i krawata taty, przez zjawisko burzy i deszczu i błota, do malowania farbami. Nawet zwykłe wiadro i istnienie papieru toaletowego jest czymś „wow”.  A potem idziesz do szkoły, dorastasz i sam nie wiesz kiedy to poczucie zachwytu mija. Przyzwyczajasz się do wszystkiego  i zapominasz, że kiedyś wystarczyło dziesięć minut na huśtawce, by wprawić cię w zachwyt. Teraz to już nie działa, im więcej doświadczasz, tym większe masz wymagania i po pewnym czasie, tego uczucia doświadczasz już tylko od święta. Bo zastanów się – kiedy ostatni raz byłeś czymś prawdziwe zafascynowany, zachwycony?

KIEDY PRZESTAŁAM ZACHWYCAĆ SIĘ ŻYCIEM? CZERWONA LAMPKA

Mnie czerwona lampka zapaliła się w Hiszpanii, kiedy spacerowałam po Barcelonie. Wiedziałam, że jest to miasto, które chce odwiedzić mnóstwo osób, które jest naprawdę piękne i jestem niesamowitą szczęściarą, że mogę tam być. A jednocześnie były takie chwile, kiedy miałam ochotę powiedzieć za Gombrowiczem: „Jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca?”.  Uświadomiłam sobie wtedy, że sporo straciłam z tego dziecięcego zachwytu i fascynacji nawet małymi rzeczami tak bardzo, że potem nie umiałam docenić też większych. Do zachwytu to już musiało być coś naprawdę dużego, wręcz idealnego. Tylko problem z tym, ze tych idealnych rzeczy jest bardzo mało, co oznacza też mało zachwytu dla mnie. No i poza tym, gdy się nie zachwycam to i słabiej zapamiętuję otaczającą mnie rzeczywistość. A przecież nie chcę za parę lat obudzić się ze świadomością, że Hiszpanię pamiętam tylko ze zdjęć, a cała reszta rozpłynęła się jak sen o poranku!

MISJA NA NAJBLIŻSZE MIESIĄCE

Dlatego właśnie moją misją na kilka najbliższych miesięcy będzie właśnie zachwycanie się tymi prostymi rzeczami, bycie bardziej świadomym tu i teraz wraz z nauką cieszenia się z tego, co przynosi mi los.  W końcu chcę korzystać z tego „swoistego autodopingu” i przez to rozwijać się coraz bardziej i bardziej!

KIEDY PRZESTALIŚMY ZACHWYCAĆ SIĘ ŻYCIEM? PODSUMOWANIE

A Ty? Nadal zachwycasz się jak dziecko, czy już idziesz częściej w stronę gombrowiczowskiego „jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca?”.  Tymczasem,  lecę się zastanawiać, gdzie zgubiłam ten codzienny zachwyt. I niestety, ale mam przeczucie, że nie znajdę go w lodówce, jak słuchawek ostatnio.